Moja teściowa chce nowe życie, ale ja jej nie pozwalam: Wyznanie zięcia z Krakowa

– Michał, musimy porozmawiać. – Głos mojej żony, Agaty, drżał przez telefon. Byłem wtedy w pracy, w środku nudnego zebrania, ale jej ton sprawił, że natychmiast wyszedłem na korytarz.

– Co się stało? – zapytałem, czując narastający niepokój.

– Mama… Mama chce się wyprowadzić. Chce zacząć nowe życie. – Jej słowa uderzyły mnie jak grom z jasnego nieba.

Moja teściowa, pani Zofia, mieszkała z nami od śmierci swojego męża. Przez siedem lat była nie tylko babcią dla naszych dzieci, ale też kimś w rodzaju cichego anioła stróża naszego domu. Gotowała rosół w niedzielę, podlewała kwiaty, pomagała w lekcjach i zawsze miała czas na rozmowę. Była jak filar, na którym opierał się nasz rodzinny świat.

A teraz… chciała odejść? Zacząć wszystko od nowa? W wieku sześćdziesięciu trzech lat?

Wieczorem siedzieliśmy wszyscy przy stole. Zofia patrzyła na nas spokojnie, choć w jej oczach widziałem cień niepewności.

– Kochani – zaczęła – wiem, że to będzie dla was szok. Ale czuję, że muszę coś zmienić. Chcę zamieszkać sama. Może nawet wyjechać do Gdańska. Zawsze marzyłam o morzu.

Agata rozpłakała się natychmiast. Dzieci patrzyły na babcię z niedowierzaniem. Ja… poczułem złość. Jak ona może nam to robić? Przecież jesteśmy rodziną!

– Mamo, przecież tu masz wszystko! – wykrztusiłem. – Dom, wnuki… My cię potrzebujemy.

Zofia uśmiechnęła się smutno.

– Michał, przez lata byłam dla was wszystkich. Teraz chciałabym być trochę dla siebie.

Nie mogłem tego zaakceptować. Zacząłem szukać argumentów: „A co z dziećmi? Kto im pomoże w lekcjach? Kto ugotuje obiad, kiedy Agata jest w pracy? Przecież nie możesz nas tak zostawić!”

Zofia milczała. Widziałem łzy w jej oczach, ale nie ustępowała.

Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta jak struna. Agata próbowała przekonać matkę, dzieci przestały się śmiać. Ja chodziłem po domu jak lew w klatce. W pracy nie mogłem się skupić. W nocy przewracałem się z boku na bok, rozmyślając: „Jak ona może być taka samolubna?”

W końcu przyszedł dzień, kiedy Zofia zaczęła pakować swoje rzeczy. Pomagała jej sąsiadka, pani Halina. Patrzyłem na to z niedowierzaniem i narastającą wściekłością.

– Naprawdę chcesz to zrobić? – zapytałem ją cicho.

– Tak, Michał. Potrzebuję tego – odpowiedziała spokojnie.

Nie wytrzymałem.

– A my? My się nie liczymy? Po tylu latach po prostu odejdziesz?

Zofia spojrzała mi prosto w oczy.

– Michał, przez całe życie robiłam wszystko dla innych. Teraz chcę zrobić coś dla siebie. Czy to naprawdę takie złe?

Nie odpowiedziałem. Wyszedłem trzaskając drzwiami.

Wieczorem Agata przyszła do mnie do sypialni.

– Michał… Może mama ma rację? Może powinniśmy pozwolić jej żyć tak, jak chce?

Poczułem się zdradzony przez wszystkich. Przez żonę, przez teściową… Nawet dzieci wydawały się rozumieć babcię lepiej niż ja.

Minęły tygodnie. Zofia zamieszkała w małym mieszkaniu blisko morza. Dzwoniła do nas codziennie, wysyłała zdjęcia zachodów słońca i opowiadała o nowych znajomych z klubu seniora. Dzieci odwiedziły ją w wakacje i wróciły zachwycone.

A ja? Czułem pustkę i żal. Próbowałem żyć normalnie – gotować obiady, pomagać dzieciom w lekcjach – ale wszystko wydawało się trudniejsze i bardziej szare bez Zofii.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sama.

– Michał… Chciałam ci podziękować za wszystko. I przeprosić, jeśli cię zraniłam.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Po raz pierwszy usłyszałem w jej głosie prawdziwą radość i spokój.

– Zosiu… Może ja też powinienem ci podziękować? Za te wszystkie lata…

Rozłączyliśmy się w ciszy.

Dziś patrzę na to wszystko inaczej. Może byłem egoistą? Może bałem się zmian bardziej niż samotności? Czy miałem prawo zatrzymywać kogoś tylko dlatego, że było mi wygodnie?

Czasem zastanawiam się: czy prawdziwa miłość do rodziny polega na tym, żeby trzymać bliskich przy sobie za wszelką cenę? A może właśnie na tym, żeby pozwolić im odejść i być szczęśliwymi na własnych warunkach?