Nie chcę już więcej wizyt teściowej – czy jestem złą żoną?

— Nie, Krzysztofie. Powiedziałam już, że nie chcę, żeby twoja mama nas odwiedzała. I nie zmienię zdania.

Mój głos drżał, ale w oczach miałam determinację. Krzysztof patrzył na mnie z niedowierzaniem, jakby nie rozumiał, skąd we mnie tyle uporu. W kuchni pachniało jeszcze świeżo zaparzoną kawą, a za oknem szarzał listopadowy wieczór. Mimo to atmosfera w naszym mieszkaniu była gęsta jak mgła na polu pod Krakowem.

— Ale ona naprawdę się stęskniła, Aniu. Mówiła mi dziś przez telefon, że czuje się samotna. — Jego głos był miękki, niemal błagalny.

Przez chwilę miałam ochotę się poddać. Przez sześć lat naszego małżeństwa zawsze ustępowałam. Zawsze. Ale nie tym razem. Nie po tym, co wydarzyło się podczas jej ostatniej wizyty.

— Krzysiek, proszę cię… — zaczęłam cicho, ale zaraz poczułam narastającą złość. — Czy ty naprawdę nie pamiętasz, jak wyglądały te dwa tygodnie? Jak codziennie krytykowała wszystko, co robię? Jak zaglądała do szafek i wyciągała brudne naczynia, żeby mi pokazać, że źle sprzątam? Jak mówiła ci na ucho, że powinnam wrócić do pracy w szkole, bo „siedzenie w domu to nie życie”?

Krzysztof spuścił wzrok. Wiedziałam, że pamięta. Ale wiedziałam też, że jego matka zawsze była dla niego autorytetem. Po śmierci ojca to ona go wychowywała, sama ciągnęła dom i gospodarstwo pod Wieliczką. Rozumiałam jego lojalność. Ale czy on rozumiał moją potrzebę spokoju?

— Aniu… Ona jest już starsza. Może nie zdaje sobie sprawy…

— Nie zdaje sobie sprawy? — przerwałam mu ostro. — Krzysiek, ona doskonale wie, co robi. I robi to celowo. Chce pokazać, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla jej syna.

W kuchni zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie zegara i szum lodówki. Przez chwilę miałam ochotę wyjść z domu i po prostu iść przed siebie – byle dalej od tego wszystkiego.

Pamiętam tamtą wizytę sprzed dwóch lat jakby to było wczoraj. Przyjechała z walizką pełną słoików i narzekań. Już pierwszego dnia powiedziała mi wprost: „W moim domu zawsze było czyściej”. Potem zaczęły się drobne uwagi: a to za słona zupa, a to źle wyprasowana koszula Krzyśka. Wieczorami siadała z nim w salonie i rozmawiali szeptem, a ja czułam się jak intruz we własnym domu.

Najgorsze przyszło pod koniec jej pobytu. Znalazłam ją w naszej sypialni – przeszukiwała moją szafkę nocną. „Chciałam tylko zobaczyć, czy masz jakieś lekarstwa” – tłumaczyła się potem z niewinną miną. Ale ja wiedziałam swoje.

Po jej wyjeździe przez miesiąc nie mogłam spać spokojnie. Każdy dźwięk wydawał mi się podejrzany, każda rozmowa z Krzyśkiem kończyła się kłótnią o jego matkę.

Teraz miałam powiedzieć „tak” kolejnej wizycie? Pozwolić jej znów wejść z butami w nasze życie?

— Krzysiek — powiedziałam spokojniej — ja naprawdę nie mam już siły na kolejne udawanie, że wszystko jest w porządku. Nie chcę jej tu. Przynajmniej na razie.

Mąż westchnął ciężko i wyszedł z kuchni bez słowa. Słyszałam, jak zamyka się w łazience i puszcza wodę w kranie – zawsze tak robił, gdy był zdenerwowany albo chciał ukryć łzy.

Zostałam sama przy stole. Wpatrywałam się w filiżankę kawy i próbowałam powstrzymać łzy. Czy naprawdę jestem taka zła? Czy to egoizm – chcieć mieć własny dom na własnych zasadach?

Wieczorem Krzysztof wrócił do kuchni. Usiadł naprzeciwko mnie i długo milczał.

— Może pojedziemy do niej na weekend? — zaproponował cicho.

Pokręciłam głową.

— Nie chcę nawet tego. Potrzebuję czasu dla siebie… dla nas.

Widziałam w jego oczach rozczarowanie i smutek. Ale widziałam też coś jeszcze – może cień zrozumienia?

Następnego dnia zadzwoniła teściowa.

— Aniu, kochanie! — jej głos był przesadnie słodki. — Krzysiu mówił mi, że nie chcesz mnie widzieć…

Zacisnęłam dłoń na telefonie.

— Pani Zofio, proszę nie brać tego do siebie… Po prostu teraz nie jest dobry moment.

— Och, rozumiem… — westchnęła teatralnie. — Ale pamiętaj, że rodzina jest najważniejsza.

Po rozmowie długo siedziałam na kanapie i patrzyłam w okno. Próbowałam sobie przypomnieć momenty, kiedy czułam się szczęśliwa w tym domu – bez lęku przed kolejną krytyką, bez poczucia winy.

Wieczorem Krzysztof przyszedł do mnie z kubkiem herbaty.

— Wiesz… Może masz rację — powiedział cicho. — Może za bardzo pozwalałem mamie ingerować w nasze życie.

Spojrzałam na niego ze łzami w oczach.

— Chcę tylko trochę spokoju… Chcę poczuć się u siebie.

Przytulił mnie mocno i po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę.

Ale czy to wystarczy? Czy można naprawdę postawić granicę między rodziną a własnym szczęściem? Czy jestem złą żoną i synową tylko dlatego, że powiedziałam „nie”?

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze razy będę musiała wybierać między sobą a innymi? Czy każda kobieta musi przez to przechodzić?