Cień Samotności: Opowieść Matki z Ursynowa

– Mamo, nie mogę już tak dłużej! Mam swoją rodzinę! – głos Agaty przeszył mnie jak nóż. Stała w progu mojego mieszkania na Ursynowie, z kurtką w ręku, gotowa wyjść. W jej oczach widziałam zniecierpliwienie, którego nigdy wcześniej nie znałam. W tamtej chwili poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz trzymałam Agatę na rękach – był listopad 1977 roku, śnieg padał za oknem szpitala na Madalińskiego. Byłam wtedy sama, bo mój mąż, Andrzej, zginął w wypadku samochodowym dwa miesiące wcześniej. Całe życie podporządkowałam Agacie. Pracowałam jako pielęgniarka na oddziale chirurgii w szpitalu na Banacha – dyżury po 12 godzin, zmęczenie, ale zawsze wracałam do domu z myślą o niej. Gotowałam jej rosół, tuliłam do snu, czytałam bajki o Królewnie Śnieżce.

Agata była moim światem. Kiedy dostała się na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim, pękałam z dumy i jednocześnie umierałam z tęsknoty. Wysyłałam jej paczki z domowym ciastem i ciepłymi skarpetami, które dziergałam nocami. Gdy poznała Pawła i urodziła Zosię, byłam szczęśliwa – miałam wnuczkę! Ale z biegiem lat ich telefony stawały się coraz rzadsze.

– Mamo, wiesz, że pracuję całymi dniami. Zosia ma zajęcia pozalekcyjne, Paweł ciągle w delegacjach… Nie mogę przyjeżdżać co tydzień! – mówiła mi przez telefon. Milczałam wtedy, dławiąc łzy i odpowiadałam: – Rozumiem, kochanie. Dbaj o siebie.

Ale nie rozumiałam. Nie wiedziałam, jak być sama. Mieszkanie stało się za duże, a ściany za ciche. Za każdym razem, gdy słyszałam windę na klatce schodowej, miałam nadzieję, że to Agata z Zosią. Zamiast nich przychodzili tylko listonosze i reklamy supermarketów.

Pewnego dnia przewróciłam się w łazience. Przez kilka godzin leżałam na zimnych kafelkach, nie mogąc się podnieść. Telefon leżał w kuchni. Dopiero sąsiadka, pani Halina, usłyszała moje wołanie i wezwała pogotowie. Agata przyjechała dopiero następnego dnia.

– Mamo, musisz bardziej uważać! Nie mogę ciągle się o ciebie martwić! – powiedziała zmęczonym głosem, patrząc w ekran swojego smartfona.

– Wiem, córeczko… Ale czy ty wiesz, jak to jest być samą? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedziała.

Po powrocie do domu wszystko stało się jeszcze trudniejsze. Zaczęłam zapominać rzeczy – gdzie położyłam okulary, czy zamknęłam drzwi na klucz. Pani Halina pomagała mi jak mogła, ale miała swoje wnuki i własne troski.

Wieczorami przeglądałam stare zdjęcia – Agata w białej sukience na pierwszej komunii, Agata śmiejąca się przy urodzinowym torcie… Łzy same spływały mi po policzkach. Przypomniałam sobie jej słowa sprzed lat: – Mamo, jesteś moją bohaterką. Gdzie podziała się ta bliskość?

Próbowałam z nią rozmawiać:

– Agata, czuję się bardzo samotna. Może mogłabyś częściej wpadać? Albo żebym ja przyjechała do was?

– Mamo, naprawdę nie mam teraz głowy do tego. Zosia ma sprawdzian z matematyki, Paweł wraca późno… Nie ogarniam wszystkiego!

Poczułam wtedy mur między nami jeszcze wyższy.

Zaczęłam codziennie wychodzić do parku Szymańskiego tylko po to, by słyszeć ludzkie głosy. Patrzyłam na inne babcie prowadzące wnuki na huśtawki i zastanawiałam się: gdzie popełniłam błąd? Czy byłam zbyt opiekuńcza? Czy zamiast miłości zaszczepiłam w niej poczucie winy?

W sobotę przyszła do mnie pani Halina z drożdżówką.

– Oj, Marysiu, nie smuć się tak. Dzieci teraz żyją inaczej. To nie to samo co kiedyś…

Ale mnie to nie pocieszało. Nie chciałam być kolejną staruszką liczącą dni do następnego telefonu.

Szukałam sensu – zapisałam się na warsztaty malarskie w domu kultury na Wiolinowej. Tam poznałam panią Krystynę i panią Elżbietę; rozmawiałyśmy o wszystkim oprócz dzieci, bo każda z nas nosiła ten sam ból.

Pewnego dnia zadzwoniła Agata:

– Mamo, Zosia ma turniej szachowy w niedzielę. Może byś przyszła?

Serce mi podskoczyło z radości.

– Oczywiście! Dziękuję ci za zaproszenie!

Ale kiedy przyszłam na turniej, Agata siedziała z koleżankami i ledwo na mnie spojrzała. Zosia pomachała mi z daleka i wróciła do partii szachów.

Wróciłam do domu z poczuciem całkowitej zbędności.

Dziś mam 75 lat. Siedzę sama przy stole i patrzę przez okno na deszczowe niebo nad Warszawą. Czasem zastanawiam się: czy wymagałam za dużo? Czy miłość matki może być ciężarem dla dziecka? A może po prostu takie są czasy – szybkie i chłodne?

Może nie jestem jedyna? Czy jest tu ktoś jeszcze, kto co noc szepcze imię swojego dziecka i czeka na dźwięk telefonu?