Wszystko dla mojego szwagra – Testament, który rozdarł moją rodzinę

– To niemożliwe! – wykrzyknęłam, gdy notariusz zamknął teczkę z dokumentami. W pokoju zapadła cisza, którą przerywało tylko ciche szuranie krzeseł. Siedziałam obok mojego męża, Pawła, który patrzył w podłogę, jakby chciał się w niej zapaść. Po drugiej stronie stołu mój szwagier, Tomek, z trudem ukrywał triumfalny uśmiech.

Jeszcze rano wydawało mi się, że to będzie formalność. Teściowa, pani Jadwiga, zmarła nagle dwa miesiące temu. Była kobietą surową, ale sprawiedliwą – tak przynajmniej myślałam. Przez lata dbałam o nią bardziej niż o własną matkę. To ja jeździłam z nią do lekarzy, gotowałam jej ulubione zupy, znosiłam jej kąśliwe uwagi na temat mojego wychowania dzieci i wyboru pracy. Paweł zawsze powtarzał: „Ona po prostu taka jest, nie przejmuj się”. Przejmowałam się. Bardzo.

Kiedy notariusz przeczytał ostatnie zdanie testamentu – „całość majątku przekazuję mojemu synowi Tomaszowi Kowalskiemu” – poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Paweł nie dostał nic. Ani mieszkania w centrum Warszawy, ani działki pod Radomiem, ani nawet starego zegarka po dziadku. Nic.

– Przepraszam, ale czy to jakaś pomyłka? – zapytałam drżącym głosem.

Notariusz spojrzał na mnie z wyrozumiałością, którą rezerwuje się dla dzieci.

– Testament jest ważny. Pani Jadwiga była przy zdrowych zmysłach, wszystko zostało sporządzone zgodnie z prawem.

Tomek odchrząknął.

– Mamo zawsze mówiła, że wie, komu może zaufać – rzucił cicho, ale wystarczająco głośno, bym usłyszała.

Wyszliśmy na korytarz. Paweł milczał. Ja czułam w sobie wulkan. Chciałam krzyczeć, płakać, rzucać oskarżeniami. Zamiast tego ścisnęłam jego dłoń.

– Musimy coś zrobić – szepnęłam. – Przecież to niesprawiedliwe!

Paweł wzruszył ramionami.

– Może mama miała swoje powody…

– Jakie powody? – przerwałam mu ostro. – Przecież to ja się nią opiekowałam! Tomek wpadał raz na miesiąc i zawsze wychodził z kopertą pieniędzy!

Paweł spojrzał na mnie z wyrzutem.

– To była jej decyzja. Nie chcę wojny w rodzinie.

Ale ja już czułam, że wojna się zaczęła. W domu atmosfera zgęstniała jak śmietana. Dzieci pytały, dlaczego tata jest taki smutny. Ja nie potrafiłam im odpowiedzieć. Przestałam odbierać telefony od Tomka i jego żony Magdy. Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub milczeniem.

Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Wpatrywałam się w sufit i analizowałam każdy szczegół ostatnich lat. Czy naprawdę byłam tylko synową na doczepkę? Czy te wszystkie lata poświęceń nic nie znaczyły? Zaczęłam podejrzewać Tomka o manipulację. Przecież był ulubieńcem mamy – zawsze wiedział, jak ją podejść, jak rozśmieszyć, jak sprawić, by poczuła się wyjątkowa.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Magdą.

– Wiesz coś więcej o tym testamencie? – zapytałam bez ogródek.

Magda spuściła wzrok.

– Jadwiga mówiła mi czasem… że boi się o Tomka. Że sobie nie poradzi bez jej wsparcia.

– A Paweł? – przerwałam jej. – On nie zasłużył?

Magda wzruszyła ramionami.

– Może był za bardzo samodzielny? Może Jadwiga chciała mu dać nauczkę…

Wróciłam do domu jeszcze bardziej rozgoryczona. Przez kolejne tygodnie próbowałam przekonać Pawła do walki o zachowek. On jednak uparcie odmawiał.

– Nie chcę pieniędzy matki na siłę – powtarzał. – To tylko pogłębi konflikt.

Ale ja nie potrafiłam odpuścić. Czułam się upokorzona i zdradzona przez rodzinę, której oddałam tyle lat życia. Zaczęły się ciche dni, coraz częstsze kłótnie o drobiazgi. Paweł zamykał się w sobie, dzieci uciekały do swoich pokoi.

Pewnego wieczoru usiadłam przy stole z teczką pełną dokumentów i zaczęłam pisać list do teściowej. Pisałam wszystko: o swoim żalu, poczuciu niesprawiedliwości, o tym, jak bardzo bolało mnie jej odrzucenie nawet po śmierci. Listu nigdy nie wysłałam – spaliłam go w kominku, płacząc jak dziecko.

Minęły miesiące. Tomek sprzedał mieszkanie po matce i kupił sobie nowy samochód. Nasze kontakty ograniczyły się do wymiany chłodnych spojrzeń na rodzinnych uroczystościach. Paweł coraz częściej wychodził z domu bez słowa. Zaczęłam podejrzewać go o romans – tak bardzo oddaliliśmy się od siebie.

Któregoś dnia usiadł naprzeciwko mnie i powiedział:

– Musimy przestać żyć przeszłością. To nas niszczy.

Popatrzyłam na niego przez łzy.

– Ale jak mam zapomnieć? Jak mam wybaczyć?

Nie odpowiedział. Wyszedł do pracy i wrócił późno w nocy.

Dziś wiem jedno: ten testament nie tylko odebrał nam majątek, ale przede wszystkim zniszczył nasze poczucie bezpieczeństwa i bliskości w rodzinie. Czasem myślę, że to ja jestem winna – że nie umiałam odpuścić, że pozwoliłam gniewowi zatruć nasze życie.

Czy naprawdę miałam prawo walczyć o sprawiedliwość? A może powinnam była po prostu pogodzić się z losem i pozwolić rodzinie żyć dalej? Co wy byście zrobili na moim miejscu?