„Zamieszkam w twoim mieszkaniu, bo jestem twoją matką!” – Historia o zdradzie, samotności i walce o własne miejsce
– Zamieszkam w twoim mieszkaniu, bo jestem twoją matką! – Jej głos rozbrzmiał w mojej głowie jak dzwon alarmowy. Stała w progu mojej kawalerki, tej samej, w której spędziłam większość swojego życia po tym, jak mnie zostawiła. Miała na sobie drogi płaszcz, a jej perfumy rozchodziły się po całym pokoju, jakby chciała zaznaczyć swoją obecność na każdym centymetrze tej przestrzeni.
Miałam zaledwie piętnaście lat, kiedy moja mama, Elżbieta, oznajmiła mi, że wychodzi za innego mężczyznę. Mnie – swoją jedyną córkę – bez żalu wysłała do babci. Przeszkadzałam jej w budowaniu „nowego życia”. Ani listów, ani telefonów, ani grosza pomocy. Ona miała wszystko – faceta, nową rodzinę, a ja tylko starą babciną kawalerkę i jej emeryturę, która ledwo starczała na życie.
Pamiętam tamten dzień jak przez mgłę. Babcia Zofia przyjęła mnie bez słowa skargi, choć sama ledwo wiązała koniec z końcem. W kuchni pachniało zupą jarzynową i starymi książkami. – Nie martw się, Martynko – mówiła cicho, głaszcząc mnie po włosach. – Poradzimy sobie. Ale ja wiedziałam, że nie chodzi tylko o pieniądze. Chodziło o to uczucie bycia niechcianą, zbędną przeszkodą na drodze do czyjegoś szczęścia.
Przez lata nauczyłam się nie liczyć na nikogo. Skończyłam liceum z wyróżnieniem, pracowałam po godzinach w osiedlowym sklepie spożywczym, żeby dorzucić się do rachunków. Kiedy babcia zachorowała na serce, to ja woziłam ją do szpitala i podawałam leki. Mama? Przysłała raz kartkę na święta z podpisem „Ela”. Nawet nie „mama”.
Kiedy babcia umarła, zostałam sama. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i kawalerkę po niej – niewielką, ale moją. Pracowałam już wtedy w bibliotece miejskiej i powoli zaczynałam wierzyć, że może jednak zasługuję na coś więcej niż samotność i żal.
Aż do dziś. Bo dziś moja matka wróciła.
Stała w progu z walizką i spojrzeniem pełnym pretensji.
– Martyna, muszę tu zamieszkać. Nie mam gdzie pójść.
– Jak to nie masz? – zapytałam chłodno. – Przecież masz męża, dom…
– On mnie zostawił – rzuciła krótko. – A mieszkanie jest na niego. Nie mam nic.
Poczułam w sobie mieszankę gniewu i litości. Przez tyle lat nie byłaś moją matką, a teraz chcesz być moim problemem?
– Przykro mi – powiedziałam sztywno. – Ale to moje mieszkanie.
– Twoje? – prychnęła z pogardą. – Gdyby nie ja i twoja babka, nie miałabyś gdzie mieszkać!
Zacisnęłam pięści. Chciałam krzyczeć, wyrzucić jej wszystko: samotne noce, łzy w poduszkę, strach przed przyszłością. Ale tylko stałam i patrzyłam na nią z niedowierzaniem.
– Wiesz co? – zaczęła podnosić głos. – Zawsze byłaś niewdzięczna! Poświęciłam dla ciebie młodość!
– Poświęciłaś? – przerwałam jej drżącym głosem. – Ty mnie zostawiłaś! Nawet nie zadzwoniłaś przez tyle lat!
Wtedy zobaczyłam w jej oczach coś dziwnego – może cień żalu? A może tylko strach przed samotnością?
Przez kolejne dni żyłyśmy razem pod jednym dachem. Ona spała na rozkładanej kanapie w salonie i narzekała na wszystko: na hałas za oknem, na jedzenie, na moje życie. Ja wracałam z pracy później niż zwykle, byle tylko jej nie widzieć.
Pewnego wieczoru usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
– Martyna… – zaczęła cicho. – Wiem, że cię skrzywdziłam.
Spojrzałam na nią ostrożnie.
– Dlaczego to zrobiłaś?
Zamilkła na chwilę.
– Byłam młoda… głupia… Myślałam, że zasługuję na szczęście. Twój ojciec odszedł, a ja chciałam zacząć od nowa.
– A ja? Ja nie zasługiwałam na matkę?
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Przepraszam…
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam nawet, czy potrafię jej wybaczyć.
Z czasem zaczęłyśmy rozmawiać więcej. O dzieciństwie, o babci Zofii, o tym wszystkim, co nas rozdzieliło. Ale rany były głębokie. Każde jej słowo przypominało mi o tym, jak bardzo byłam sama.
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle i zobaczyłam ją siedzącą przy stole z moim starym albumem ze zdjęciami.
– Pamiętasz to? – zapytała pokazując zdjęcie z mojego pierwszego dnia w szkole.
Skinęłam głową.
– Byłam wtedy taka dumna…
– To dlaczego mnie zostawiłaś?
Znowu cisza.
– Bałam się… wszystkiego. Życia bez miłości…
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam ją nie jako matkę-potwora, ale jako zagubioną kobietę.
Minęły tygodnie. Nasze relacje były jak sinusoida: raz lepiej, raz gorzej. Czasem śmiałyśmy się razem przy kawie, innym razem kłóciłyśmy się o drobiazgi.
Ale pewnej nocy obudził mnie jej płacz. Siedziała skulona na kanapie i szeptała:
– Przepraszam… przepraszam…
Usiadłam obok niej i objęłam ją ramieniem. Po raz pierwszy od lat poczułam coś na kształt współczucia.
Dziś wiem jedno: rodzina to nie tylko więzy krwi. To wybór – codzienny wybór wybaczenia albo trwania w żalu.
Czy potrafię jej wybaczyć? Czy ona naprawdę się zmieniła? A może to tylko strach przed samotnością pcha ją z powrotem do mojego życia?
Czas pokaże… Ale czy wy bylibyście w stanie wybaczyć taką zdradę? Czy można odbudować coś, co zostało tak brutalnie zniszczone?