Kiedy Ola zdała maturę, uciekłam od męża – Moja polska opowieść o wolności i strachu

– Mamo, pociąg już podjeżdża – szepnęła Ola, ściskając moją dłoń tak mocno, że aż zabolało. Stałyśmy na peronie w Lublinie, a ja miałam wrażenie, że zaraz się przewrócę. W jednej ręce trzymałam stary, zielony bagaż, w drugiej – całą moją przyszłość.

Nie patrzyłam na nią. Bałam się zobaczyć w jej oczach to, czego sama nie chciałam przyznać: strach. Strach przed nieznanym, przed tym, co zostawiłyśmy za sobą i co nas czekało. W głowie dudniły mi słowa męża z poprzedniego wieczoru:

– I tak nigdzie nie pójdziesz. Kto cię zechce? Stara baba z dzieckiem! – krzyczał, a potem cisnął szklanką o ścianę.

To nie był pierwszy raz. Ale tego dnia Ola wróciła do domu z matury i spojrzała na mnie inaczej. Jakby widziała mnie naprawdę. I wtedy zrozumiałam, że jeśli nie odejdę teraz, już nigdy nie będę miała odwagi.

Pociąg zatrzymał się z piskiem hamulców. Ludzie zaczęli się przepychać do drzwi. Ola pociągnęła mnie za rękaw.

– Chodź, mamo. Proszę.

Wsiadłyśmy do przedziału. Przez okno widziałam znajome twarze z naszej wsi – sąsiadka Zosia z synem, pan Marek z piekarni. Patrzyli na mnie z niedowierzaniem i czymś jeszcze – pogardą? Litością? Sama nie wiem.

Kiedy pociąg ruszył, poczułam ulgę i przerażenie jednocześnie. Przez chwilę miałam ochotę wyskoczyć i wrócić do tego, co znane. Ale Ola położyła głowę na moim ramieniu.

– Damy radę, mamo. Musimy.

Przez całą drogę do Warszawy milczałyśmy. W głowie przewijały mi się obrazy: ślub w kościele w naszej parafii, pierwsze uderzenie po powrocie z pracy, łzy Oli, kiedy chowała się za mną przed ojcem. I plotki – Boże, te plotki! „Pani Ania to chyba sama sobie winna”, „Jakby była lepszą żoną, to by nie pił”.

Wysiadłyśmy na Dworcu Centralnym. Tłum ludzi, hałas, zapach spalin i smażonych kiełbasek. Ola była blada jak ściana.

– Gdzie teraz? – zapytała cicho.

Miałam tylko adres schroniska dla kobiet i trochę oszczędności schowanych w staniku. Przez chwilę chciałam się rozpłakać.

– Najpierw znajdziemy miejsce do spania – powiedziałam stanowczo, choć w środku byłam rozbita na milion kawałków.

W schronisku przywitała nas pani Teresa – starsza kobieta o ciepłych oczach.

– Nie jesteście pierwsze i nie będziecie ostatnie – powiedziała, podając nam po kubku herbaty. – Tutaj nikt was nie ocenia.

To było pierwsze miejsce od lat, gdzie mogłam spokojnie zasnąć.

Ale następnego dnia zaczęły się schody. Ola płakała po nocach – tęskniła za domem, za koleżankami, nawet za ojcem. Ja szukałam pracy – bez doświadczenia, bez wykształcenia, z piętnem „tej od pijaka”. Wszędzie słyszałam:

– A dzieci kto będzie pilnował?
– A mąż pozwoli?
– A czemu pani uciekła?

Czułam się jak trędowata.

Po tygodniu zadzwoniła mama:

– Aniu, co ty wyprawiasz? Wszyscy we wsi gadają! Ojciec jest chory ze zmartwienia!
– Mamo, nie wrócę. Nie mogę…
– Myślisz, że tu ci będzie lepiej? Tam przynajmniej miałaś dom!

Rozłączyłam się ze łzami w oczach. Ola patrzyła na mnie z wyrzutem.

– Może powinniśmy wrócić? – szepnęła któregoś wieczora.
– Nie ma do czego wracać – odpowiedziałam twardo, choć serce mi pękało.

Znalazłam pracę jako sprzątaczka w biurze na Ochocie. Codziennie rano jeździłam zatłoczonym autobusem i sprzątałam po ludziach, którzy nawet nie zauważali mojej obecności. Ale pierwszy raz od lat miałam własne pieniądze.

Ola zaczęła chodzić do nowej szkoły. Było jej ciężko – dzieci wytykały ją palcami: „Ta od patologii”. Często wracała zapłakana.

Pewnego dnia przyszła do mnie z podbitym okiem.
– Co się stało?!
– Nic… Po prostu… powiedzieli coś o tacie…

Przytuliłam ją najmocniej jak umiałam.
– Przetrwamy to razem. Obiecuję.

Ale nocami sama płakałam w poduszkę. Bałam się przyszłości. Bałam się samotności. Bałam się tego, że może mama miała rację – że kobieta bez mężczyzny jest nikim.

Minęły miesiące. Zaczęłyśmy wynajmować mały pokój na Pradze. Ola zdała maturę poprawkową i dostała się na studia pedagogiczne. Ja awansowałam na brygadzistkę w firmie sprzątającej.

Czasem spotykam kobiety takie jak ja – z bagażem doświadczeń i strachu w oczach. Rozmawiamy szeptem o tym, co było i co może być jeszcze przed nami.

Ostatnio zadzwonił mój były mąż:
– Anka… wróćcie… Tu bez was to nie dom…
Rozłączyłam się bez słowa.

Czasem pytam siebie: czy dobrze zrobiłam? Czy można być szczęśliwą po czterdziestce, zaczynając wszystko od nowa? Czy społeczeństwo kiedyś przestanie oceniać kobiety takie jak ja?

A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy naprawdę można uciec od przeszłości i znaleźć swoje miejsce na świecie?