„Znudziłaś mi się” – historia, która rozdarła moją rodzinę i nauczyła mnie kochać siebie na nowo

– Znudziłaś mi się – powiedział Michał, mój mąż, patrząc na mnie z chłodnym spokojem. – Zmieniłaś się. Nie szukam innej, naprawdę. Po prostu… nie potrafię już być z tobą szczęśliwy.

Stałam w kuchni, z rękami mokrymi od zmywania naczyń, a w głowie dudniło mi tylko jedno: „To nie dzieje się naprawdę”. Ale to się działo. Michał, z którym przeżyłam szesnaście lat, ojciec moich dzieci, właśnie oznajmiał mi, że już mnie nie chce.

– Co proponujesz? – zapytałam cicho, czując jak łzy palą mnie pod powiekami.

– Rozwód – odpowiedział bez wahania. – To będzie najlepsze dla nas wszystkich.

– A dzieci? – wykrztusiłam.

– Będę im pomagał. Zabierał na weekendy. Ale tak dalej być nie może.

Z trudem powstrzymałam szloch. W głowie miałam mętlik: czy to przez to, że przytyłam po drugiej ciąży? Że nie mam już czasu na makijaż i modne ubrania? Że wieczorami padam ze zmęczenia po pracy i ogarnianiu domu?

Michał wyszedł, zostawiając mnie samą z tym wszystkim. Usiadłam na podłodze i płakałam tak długo, aż przyszedł Kuba – nasz starszy syn.

– Mamo? Co się stało?

Otarłam łzy i wymusiłam uśmiech.

– Nic, kochanie. Po prostu… jestem zmęczona.

Ale dzieci wyczuwają wszystko. Następnego dnia Zosia, nasza młodsza córka, przytuliła mnie mocno i powiedziała:

– Nie płacz, mamo. Jesteś najfajniejsza na świecie.

To było jak plaster na ranę, ale rana była głęboka.

***

Poznałam Michała na studiach w Krakowie. Był starszy ode mnie o pięć lat, pewny siebie, zabawny i przystojny. Moja mama powtarzała:

– Ola, uważaj na takich. On cię zostawi, jak tylko znajdzie lepszą.

Nie słuchałam jej. Wierzyłam w naszą miłość. Po ślubie zamieszkaliśmy w bloku na Ruczaju. Michał pracował w IT, ja zaczęłam jako nauczycielka polskiego w podstawówce. Było ciężko finansowo, ale byliśmy szczęśliwi. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Kiedy urodził się Kuba, wszystko się zmieniło. Michał coraz częściej zostawał po godzinach w pracy albo wychodził z kolegami „na piwo”. Ja siedziałam w domu z dzieckiem i marzyłam o tym, żeby choć raz ktoś zapytał mnie, jak się czuję.

Moja mama przyjeżdżała pomagać przy Kubie, ale zamiast wsparcia słyszałam:

– Zobacz jak wyglądasz! Włosy tłuste, paznokcie obgryzione… Michał długo tego nie wytrzyma.

Zaciskałam zęby i udawałam, że mnie to nie rusza. Ale ruszało. Bardziej niż chciałam przyznać.

Po kilku latach urodziła się Zosia. Ciąża była trudna – miałam cukrzycę ciążową i musiałam leżeć przez ostatnie dwa miesiące. Michał był wtedy bardziej obecny – gotował obiady (makaron z sosem ze słoika), robił zakupy (głównie piwo i chipsy), ale przynajmniej był.

Po porodzie wróciłam do pracy na pół etatu. Michał awansował i zarabiał coraz więcej. Kupiliśmy mieszkanie na kredyt – 60 metrów na obrzeżach Krakowa. Miałam nadzieję, że teraz będzie lepiej.

Ale nie było.

***

Zaczęły się ciche dni. Michał wracał późno, zamykał się w gabinecie i grał na komputerze albo oglądał seriale. Ja ogarniałam dzieci, lekcje, obiady, pranie… Wieczorami padałam na twarz ze zmęczenia.

Próbowałam z nim rozmawiać:

– Michał, czuję się samotna…

– Przesadzasz – ucinał krótko. – Każdy ma swoje problemy.

Czułam się coraz bardziej niewidzialna. Przestałam dbać o siebie – nie miałam siły ani czasu. Moja mama tylko dolewała oliwy do ognia:

– Widzisz? Mówiłam ci! On cię zostawi przez twoje zaniedbanie.

W końcu przestałam jej odbierać telefony.

***

Kiedy Michał powiedział mi o rozwodzie, poczułam ulgę pomieszaną z rozpaczą. Ulgę – bo już nie musiałam udawać przed sobą i dziećmi, że wszystko jest dobrze. Rozpacz – bo nie wiedziałam, jak sobie poradzę sama.

Najgorsze były rozmowy z rodziną Michała:

– Ola, co ty zrobiłaś naszemu Michałowi? – pytała jego matka przez telefon. – On taki dobry chłopak…

Albo moja siostra:

– Może gdybyś bardziej o siebie dbała…

Chciałam krzyczeć: „A kto dbał o mnie?! Kto zapytał mnie choć raz, czego potrzebuję?”

***

Rozwód ciągnął się miesiącami. Michał wynajął kawalerkę na Prądniku Czerwonym i zabierał dzieci co drugi weekend do siebie. Kuba zamknął się w sobie; Zosia zaczęła moczyć się w nocy.

Pewnego dnia Kuba wybuchnął:

– To wszystko twoja wina! Gdybyś była normalna…

Zatkało mnie. Mój własny syn powtarzał słowa swojego ojca i babci.

Wieczorem usiadłam na łóżku i płakałam tak cicho, żeby dzieci nie słyszały. Czułam się jak śmieć.

***

W pracy też nie było lepiej. Dyrektorka patrzyła na mnie z politowaniem:

– Ola, musisz się ogarnąć… Dzieci widzą twoje zmęczenie.

Koleżanki szeptały za plecami:

– Słyszałaś? Michał ją zostawił…

Czułam się coraz bardziej samotna i bezwartościowa.

***

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie Magda – koleżanka ze studiów:

– Ola! Co się z tobą dzieje? Zniknęłaś! Idziemy na kawę i koniec!

Nie chciało mi się wychodzić z domu, ale poszłam. Magda spojrzała na mnie uważnie:

– Wiesz co? Ty zawsze byłaś silna. Teraz też dasz radę. Ale musisz zacząć żyć dla siebie!

Wróciłam do domu i długo patrzyłam w lustro. Zobaczyłam kobietę zmęczoną, z podkrążonymi oczami i rozczochranymi włosami… ale też kobietę, która przeżyła piekło i nadal stoi na nogach.

***

Zaczęłam powoli odzyskiwać siebie. Zapisałam się na jogę do osiedlowego domu kultury (było tanio). Kupiłam sobie nową sukienkę w lumpeksie za 15 złotych – czerwoną! Po raz pierwszy od lat pomalowałam usta szminką.

Dzieci patrzyły na mnie zdziwione:

– Mamo… ładnie wyglądasz!

Zosia zaczęła rysować laurki: „Najlepsza mama na świecie”. Kuba powoli przestawał być opryskliwy; pewnego wieczoru przyszedł do mnie do kuchni:

– Przepraszam za tamto… Tata mówi różne rzeczy…

Przytuliłam go mocno.

***

Po roku od rozwodu poczułam pierwszy raz od dawna spokój. Zaczęliśmy z dziećmi jeździć rowerami po Lesie Wolskim; piekliśmy razem ciasta; oglądaliśmy filmy pod kocem w deszczowe wieczory.

Michał czasem dzwonił:

– Ola… może byśmy spróbowali jeszcze raz?

Odpowiadałam spokojnie:

– Już nie chcę wracać do tego życia.

Moja mama przestała komentować mój wygląd; zaczęła nawet czasem pytać: „Jak się czujesz?”

***

Dziś wiem jedno: przez lata żyłam dla innych – dla męża, dzieci, rodziców – a zapomniałam o sobie. Teraz uczę się kochać siebie taką, jaka jestem: zmęczoną, czasem rozczochraną, ale prawdziwą.

Patrzę w lustro i pytam: czy naprawdę trzeba być idealną żoną i matką, żeby zasłużyć na miłość? A może wystarczy być sobą?