W klatce schodowej: Ucieczka z ciemności, poszukiwanie nadziei w Warszawie
– Mamo, zimno mi… – szeptała Zosia, tuląc się do mojej nogi. Stałam na klatce schodowej starej kamienicy na Pradze, trzęsąc się nie tylko z chłodu, ale i ze strachu. Kacper spał mi na rękach, jego główka opadała bezwładnie na moją pierś. Była druga w nocy. W uszach dźwięczały mi jeszcze krzyki Pawła, jego przekleństwa i trzask tłuczonego szkła.
Nie miałam dokąd pójść. Telefon do Magdy był moją ostatnią deską ratunku.
– Nie mogę cię przyjąć, Anka… Mój Bartek nie zrozumie. Przepraszam… – jej głos był cichy, jakby się mnie bała.
Zamknęłam oczy. Przez chwilę miałam ochotę wrócić do mieszkania, udawać, że nic się nie stało. Ale wiedziałam, że to niemożliwe. Paweł tym razem naprawdę by mnie zabił.
Zeszłam piętro niżej, usiadłam na zimnych schodach. Zosia wtuliła się we mnie mocniej.
„Co teraz? Gdzie pójdziemy?”
W głowie miałam mętlik. Przypomniałam sobie dzieciństwo w małym miasteczku pod Radomiem – mama zawsze powtarzała: „Nie wolno ci się poddawać, Aniu”. Ale wtedy nie wiedziałam, jak wygląda prawdziwy strach.
Kiedy poznałam Pawła na studiach w Warszawie, wydawał się ideałem – przystojny, dowcipny, troskliwy. Szybko zamieszkaliśmy razem. Pierwszy raz uderzył mnie w ciąży z Zosią. Przeprosił, płakał, obiecywał poprawę. Wierzyłam mu. Potem było tylko gorzej.
– Mamo, boję się… – Zosia zaczęła płakać cicho.
– Ciii, kochanie… Już dobrze… – próbowałam ją uspokoić, choć sama byłam bliska rozpaczy.
Nagle drzwi na parterze otworzyły się z trzaskiem. Stanęła w nich pani Halina, sąsiadka z naprzeciwka.
– Co wy tu robicie o tej porze? – zapytała podejrzliwie.
Zawahałam się. Wstydziłam się prawdy.
– Musiałam wyjść z dziećmi… Nie mamy gdzie pójść…
Pani Halina spojrzała na mnie długo. W końcu westchnęła i otworzyła drzwi szerzej.
– Chodźcie do mnie na chwilę. Dzieci nie powinny marznąć.
Weszłyśmy do jej mieszkania pachnącego starymi meblami i lawendą. Kacper od razu zasnął na kanapie. Zosia dostała herbatę z sokiem malinowym.
– Twój mąż to kawał chama – powiedziała pani Halina bez ogródek. – Słyszę wasze kłótnie od miesięcy.
Zawstydziłam się jeszcze bardziej.
– Przepraszam… Nie chciałam robić problemów…
– Ty masz przepraszać? Dziewczyno! On powinien przepraszać! – oburzyła się sąsiadka.
Siedziałam skulona na brzegu fotela, czując się jak intruz we własnym życiu. Pani Halina nalała mi herbaty i położyła rękę na moim ramieniu.
– Masz rodzinę? Kogoś, kto może wam pomóc?
Pokręciłam głową.
– Mama nie żyje, tata od lat nie utrzymuje kontaktu…
– A przyjaciółki?
– Magda… odmówiła mi pomocy.
Pani Halina westchnęła ciężko.
– Dobrze, zostaniecie u mnie do rana. Potem pójdziemy razem do ośrodka pomocy społecznej. Tam muszą wam pomóc.
Zasnęłam tej nocy na kanapie obok dzieci, czując pierwszy raz od dawna cień bezpieczeństwa. Ale rano wróciły lęki.
W ośrodku czekałyśmy godzinę w dusznej poczekalni pełnej zmęczonych kobiet i płaczących dzieci. Pracownica socjalna spojrzała na mnie z politowaniem.
– Proszę pani, mamy pełne schroniska… Może za tydzień coś się zwolni…
– Ale ja nie mogę wrócić do domu! On nas zabije! – głos mi się załamał.
– Proszę spróbować u rodziny albo znajomych…
Wyszłam stamtąd roztrzęsiona. Pani Halina próbowała mnie pocieszać:
– Nie poddamy się tak łatwo. Znam jedną fundację dla kobiet w trudnej sytuacji. Zadzwonię tam.
Dzięki niej jeszcze tego samego dnia trafiłyśmy do małego hostelu prowadzonego przez siostry zakonne na Mokotowie. Tam pierwszy raz od miesięcy mogłam zamknąć oczy bez strachu przed nocą.
Ale życie w schronisku nie było łatwe. Zosia zaczęła moczyć się w nocy, Kacper budził się z krzykiem. Ja sama czułam się jak cień człowieka – bez pracy, bez pieniędzy, bez przyszłości.
Któregoś dnia zadzwonił Paweł.
– Wróć do domu albo zgłoszę cię na policję za porwanie dzieci! – wrzeszczał do słuchawki.
Ręce mi się trzęsły ze strachu i wściekłości.
– To ty powinieneś siedzieć za to, co nam zrobiłeś!
Rozłączył się. Przez kilka dni bałam się wychodzić z dziećmi nawet do sklepu.
W schronisku poznałam inne kobiety – każda miała swoją historię: pobicia, upokorzenia, ucieczki nocą z dziećmi na rękach. Czułam wspólnotę bólu i nadziei.
Po miesiącu znalazłam pracę jako sprzątaczka w szkole podstawowej niedaleko hostelu. Nie była to praca marzeń, ale dawała mi poczucie sprawczości i pierwsze własne pieniądze od lat.
Zosia zaczęła chodzić do przedszkola. Któregoś dnia wróciła zapłakana:
– Dzieci mówią, że jesteśmy biedne i że tata nas nie chce…
Przytuliłam ją mocno.
– Kochanie, tata jest chory w środku i nie potrafi kochać tak jak powinien. Ale ja cię kocham najbardziej na świecie.
Wieczorami płakałam po cichu do poduszki, żeby dzieci nie słyszały.
Po kilku miesiącach dostałyśmy mieszkanie socjalne na Targówku – małe, zagracone, ale nasze własne. Sama pomalowałam ściany na żółto i powiesiłam rysunki dzieci nad łóżkami.
Magda zadzwoniła dopiero po pół roku:
– Anka… Przepraszam cię… Bałam się wtedy Pawła i tego wszystkiego…
Nie wiedziałam co powiedzieć. Z jednej strony tęskniłam za dawną przyjaźnią, z drugiej – czułam żal i rozczarowanie.
– Rozumiem cię… Ale już nie jestem tą samą Anką co kiedyś – odpowiedziałam cicho.
Dziś mija rok od tamtej nocy w klatce schodowej. Nadal boję się czasem głośnych dźwięków i mężczyzn podnoszących głos. Ale wiem jedno: przetrwałam najgorsze dla moich dzieci i dla siebie samej.
Często pytam siebie: czy gdybym wtedy wróciła do mieszkania Pawła, byłabym jeszcze dziś żywa? Czy każda kobieta ma w sobie tyle siły, by wyrwać się z piekła? A może to tylko kwestia przypadku i ludzi spotkanych po drodze?