Kiedy mój mąż oddał całe moje gotowanie swojej matce – burza w polskiej kuchni
– Gdzie są moje gołąbki? – zapytałam, otwierając lodówkę i czując, jak serce zaczyna mi bić szybciej. Wczoraj wieczorem układałam je starannie na półkach, obok schabowego i bigosu. Teraz nie było nic. Ani śladu po moim weekendowym gotowaniu.
Tomek siedział przy stole, udając, że czyta gazetę. Wiedziałam, że coś jest nie tak – jego wzrok błądził po linijkach, ale nie widział ani słowa.
– Tomek, pytam poważnie. Gdzie są obiady? – powtórzyłam ostrzej.
Westchnął ciężko i odłożył gazetę. – Mama była głodna. Zabrałem jej wszystko rano, zanim wyszłaś do pracy.
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. – Wszystko? Nawet te pierogi dla dzieci na jutro?
– Tak… – mruknął cicho. – Ona jest sama, wiesz, jak jej ciężko po śmierci taty.
Poczułam, jak narasta we mnie fala gniewu i bezsilności. Przez cały weekend stałam przy garach, żebyśmy mieli co jeść przez najbliższe dni. Dzieci miały mieć domowe obiady do szkoły. A on… po prostu oddał wszystko swojej matce, nie pytając mnie o zdanie.
– Tomek, czy ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłeś? – głos mi się załamał. – My też musimy coś jeść! Nie możesz podejmować takich decyzji za mnie!
– Przesadzasz – burknął. – To tylko jedzenie. Zrobi się nowe.
– To nie jest tylko jedzenie! – krzyknęłam, czując łzy pod powiekami. – To mój czas, moja praca! Ty nawet nie zapytałeś!
Wyszedł z kuchni bez słowa. Zostałam sama wśród pustych półek i narastającej ciszy.
Wieczorem dzieci pytały o pierogi. Musiałam im powiedzieć, że mama zrobi nowe jutro. Ale w środku czułam się zdradzona. Nie przez teściową – ona zawsze była miła, choć czasem zbyt wymagająca – ale przez własnego męża.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama Tomka.
– Dziękuję za jedzenie, kochanie. Tomek mówił, że to twoje najlepsze gołąbki.
Zacisnęłam zęby. – Cieszę się, że smakowały.
– Wiesz… Tomek zawsze był taki troskliwy. Zawsze pamiętał o matce.
Zrozumiałam wtedy, że dla niej to oczywiste: syn ma dbać o matkę ponad wszystko. Ale ja nie byłam już tylko żoną Tomka czy synową pani Heleny. Byłam też matką swoich dzieci i kobietą, która miała prawo do szacunku.
Wieczorem usiedliśmy z Tomkiem przy stole. Dzieci już spały.
– Musimy porozmawiać – zaczęłam spokojnie.
– O czym tu gadać? Przecież to tylko jedzenie… – próbował zbyć temat.
– Nie chodzi o jedzenie. Chodzi o to, że mnie nie szanujesz. Oddałeś moją pracę bez pytania. Czy gdybym ja oddała twoje narzędzia z garażu sąsiadowi bez słowa, byłbyś zadowolony?
Spojrzał na mnie zaskoczony. – To co innego…
– Nie! To dokładnie to samo! – przerwałam mu. – Chcę być partnerką, a nie kucharką do wynajęcia dla twojej mamy.
Milczał długo. W końcu powiedział cicho:
– Przepraszam. Nie pomyślałem…
Ale wiedziałam, że to nie koniec problemu. W naszej rodzinie od zawsze panowała zasada: „Matka jest najważniejsza”. Tomek dorastał w przekonaniu, że jego obowiązkiem jest dbać o matkę nawet kosztem własnej żony i dzieci.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Unikaliśmy rozmów o jedzeniu i teściowej. Ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym, jak łatwo można przekroczyć granice drugiego człowieka w imię rodzinnych tradycji.
W sobotę przyszła do nas pani Helena z ciastem drożdżowym.
– Przyniosłam wam coś słodkiego na przeprosiny – powiedziała z uśmiechem.
Dzieci rzuciły się na ciasto, a ja poczułam ukłucie żalu i wdzięczności jednocześnie.
– Pani Heleno… chciałabym porozmawiać szczerze – zaczęłam niepewnie.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Wiem, że Tomek chce dla pani dobrze. Ale ja też mam swoją rodzinę i swoje potrzeby. Chciałabym, żebyśmy wszyscy się szanowali.
Teściowa westchnęła ciężko.
– Masz rację, dziecko. Czasem zapominam, że on już ma swoją rodzinę…
To była pierwsza szczera rozmowa między nami od lat. Poczułam ulgę, ale też smutek – ile jeszcze razy będę musiała walczyć o swoje miejsce w tej rodzinie?
Wieczorem Tomek przyszedł do mnie do kuchni.
– Dziękuję, że porozmawiałaś z mamą – powiedział cicho. – Postaram się więcej tak nie robić.
Przytulił mnie mocno. Po raz pierwszy od dawna poczułam się naprawdę wysłuchana.
Ale w głowie wciąż kołatało mi jedno pytanie: dlaczego w polskich rodzinach tak trudno postawić granice między pomocą a poświęceniem siebie? Czy naprawdę musimy wybierać między lojalnością wobec rodziców a własnym szczęściem?
Może wy też mieliście podobne doświadczenia? Jak radzicie sobie z oczekiwaniami rodziny i własnymi potrzebami?