Cień zapomnienia: Czterdzieste urodziny Elżbiety Kowalskiej – kiedy rodzina zapomina, że istniejesz
– Elżbieta, gdzie są moje klucze? – głos męża, Andrzeja, rozległ się z przedpokoju, przerywając ciszę poranka. Przez chwilę miałam ochotę nie odpowiadać, udawać, że mnie nie ma. Ale jak zwykle, odruchowo wstałam od stołu i sięgnęłam po klucze leżące na komodzie. – Tutaj, jak zawsze – podałam mu je bez słowa, patrząc, jak nawet na mnie nie spojrzał.
Dzień zaczynał się jak każdy inny. Dzieci – Zuzia i Michał – już od rana kłóciły się o łazienkę. W kuchni pachniało kawą, którą sama sobie zrobiłam. Siedziałam przy stole, patrząc na kalendarz. Czterdzieste urodziny. Mój dzień. Przynajmniej tak powinno być.
O ósmej wszyscy wybiegli z domu. Andrzej rzucił tylko: – Nie zapomnij o zakupach! Zuzia trzepnęła drzwiami, Michał nawet nie powiedział „cześć”. Zostałam sama w pustym mieszkaniu. Przez chwilę siedziałam w ciszy, próbując zrozumieć, co się właśnie stało. Może to żart? Może wieczorem czeka mnie niespodzianka?
Ale godziny mijały. Telefon milczał. Żadnych wiadomości, żadnych powiadomień na Facebooku od rodziny. Mama nie zadzwoniła, siostra nie napisała nawet krótkiego „sto lat”. Czułam, jak narasta we mnie gorycz i smutek. Przecież zawsze pamiętałam o ich urodzinach. Zawsze byłam tą, która organizowała przyjęcia, piekła torty, kupowała prezenty.
Po południu zadzwoniła tylko koleżanka z pracy – Basia. – Elka! Wszystkiego najlepszego! – krzyknęła radośnie do słuchawki. – Dziękuję… – odpowiedziałam cicho, starając się ukryć łzy.
Przez resztę dnia chodziłam po mieszkaniu jak cień. Otwierałam szafki, zamykałam je bez celu. W końcu usiadłam na kanapie i zaczęłam przeglądać stare zdjęcia na telefonie. Na jednym z nich miałam dwadzieścia lat i szeroki uśmiech. Obok mnie Andrzej – wtedy jeszcze zakochany, zapatrzony we mnie jak w obrazek. Dzieci były małe, tuliły się do mnie z ufnością.
Co się stało z tamtą rodziną? Kiedy przestałam być ważna? Czy to ja się zmieniłam? Czy oni po prostu przyzwyczaili się do tego, że zawsze jestem?
Wieczorem wrócili do domu. Andrzej był zmęczony po pracy, rzucił torbę w kąt i włączył telewizor. Dzieci zamknęły się w swoich pokojach. Przez chwilę stałam w kuchni, patrząc na ich plecy.
– Może zjemy razem kolację? – zaproponowałam nieśmiało.
– Nie mam czasu, muszę się pouczyć – rzuciła Zuzia przez ramię.
– Ja już jadłem u Kuby – dodał Michał.
Andrzej nawet nie odpowiedział.
Usiadłam przy stole sama z talerzem zupy. Łyżka drżała mi w dłoni. Czułam się przezroczysta. Jakby moje istnienie nie miało żadnego znaczenia.
Nagle poczułam narastający gniew. Wstałam gwałtownie i weszłam do salonu.
– Czy wy wiecie, jaki dziś jest dzień? – zapytałam drżącym głosem.
Andrzej spojrzał na mnie zdziwiony.
– Wtorek? – odpowiedział bez przekonania.
– Moje urodziny! Czterdzieste! – krzyknęłam, a łzy napłynęły mi do oczu.
Zapadła cisza. Zuzia wyszła ze swojego pokoju z telefonem w ręku.
– Ojej… Przepraszam mamo… Zapomniałam…
Michał nawet nie wyszedł.
Andrzej podszedł do mnie i niezręcznie poklepał po ramieniu.
– Przepraszam… Miałem ciężki dzień…
Poczułam się jeszcze gorzej niż wcześniej. Ich przeprosiny były wymuszone, bez emocji. Jakby robili to tylko dlatego, że im przypomniałam.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i myślałam o swoim życiu. O tym, jak bardzo poświęciłam się rodzinie. O tym, jak bardzo chciałam być dla nich ważna. A teraz? Nawet nie pamiętali o moich urodzinach.
Następnego dnia obudziłam się z ciężarem na sercu. Postanowiłam zrobić coś dla siebie. Pojechałam do kawiarni na Starym Mieście, zamówiłam ulubioną szarlotkę i kawę z mlekiem. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na ludzi przechodzących ulicą. Czułam się wolna i samotna jednocześnie.
W pewnym momencie zadzwoniła mama.
– Elżbieta… Przepraszam kochanie… Zapomniałam… Tyle spraw na głowie…
– Nic się nie stało mamo – odpowiedziałam automatycznie.
Ale przecież się stało.
Wieczorem wróciłam do domu później niż zwykle. Andrzej spojrzał na mnie pytająco.
– Gdzie byłaś?
– Na spacerze – skłamałam.
Nie miałam ochoty tłumaczyć się komukolwiek.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Dzieci próbowały być milsze, Andrzej kupił mi kwiaty z kiosku pod blokiem. Ale to już nie było to samo. Coś we mnie pękło.
Zaczęłam myśleć o sobie. O tym, czego chcę od życia. O tym, czy chcę dalej żyć tak jak dotąd – niewidzialna, zapomniana przez najbliższych.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę można być szczęśliwym tylko wtedy, gdy inni nas zauważają? Czy warto poświęcać wszystko dla rodziny, jeśli w końcu stajemy się dla nich przezroczyści?
Może czas zacząć żyć dla siebie?
Czy ktoś z was też czuł się kiedyś tak niewidzialny we własnym domu?