„Macie miesiąc na znalezienie sobie innego mieszkania. Od teraz będę mieszkać sama”: Historia matki, która musiała wyrzucić z domu swoje dwie córki
– Macie miesiąc na znalezienie sobie innego mieszkania. Od teraz będę mieszkać sama – powiedziałam to, patrząc na moje dwie córki, Magdę i Paulinę, które siedziały przy kuchennym stole. W tej chwili czułam, jakby ktoś ścisnął mi serce żelazną obręczą. Ich oczy rozszerzyły się ze zdziwienia i bólu. Przez chwilę w kuchni panowała cisza tak gęsta, że słyszałam własny oddech i tykanie zegara na ścianie.
Nie tak wyobrażałam sobie starość. Po śmierci mojego męża, Andrzeja, wszystko się zmieniło. Zostałam sama z dorosłymi córkami, które – choć już dawno skończyły studia – nie potrafiły ułożyć sobie życia poza domem rodzinnym. Magda miała trzydzieści dwa lata, Paulina dwadzieścia dziewięć. Obie pracowały, ale żadna nie miała odwagi ani chęci, by się usamodzielnić. Zawsze znajdowały wymówkę: a to za drogo, a to niepewna praca, a to „jeszcze nie teraz”.
Po pogrzebie Andrzeja przez kilka miesięcy żyłyśmy jak w zawieszeniu. Każda z nas przeżywała żałobę na swój sposób. Ja zamknęłam się w sobie, one zaczęły traktować dom jak hotel – przychodziły późno, wychodziły wcześnie, nie angażowały się w życie rodzinne. Z czasem zaczęłam czuć się jak obca we własnym domu. Kuchnia była wiecznie zabałaganiona, łazienka zajęta godzinami, a rozmowy ograniczały się do krótkich pytań: „Co na obiad?”, „Masz pranie?”, „Gdzie są klucze?”.
Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi ich rozmowę:
– Mama znowu się czepia – powiedziała Paulina.
– Daj spokój, ona zawsze była taka – odpowiedziała Magda.
– Może powinna znaleźć sobie jakieś hobby albo faceta.
Zrobiło mi się przykro. Czy naprawdę byłam dla nich tylko przeszkodą? Czy po tylu latach wspólnego życia nie zasłużyłam na odrobinę szacunku i zrozumienia?
Zaczęły się kłótnie o drobiazgi: o rachunki, o sprzątanie, o to, kto kupił mleko. Czułam się coraz bardziej zmęczona psychicznie i fizycznie. Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit, zastanawiając się, gdzie popełniłam błąd jako matka. Przecież zawsze starałam się być dla nich wsparciem. Poświęciłam im całe życie, rezygnując z własnych marzeń i planów.
W pracy koleżanki mówiły mi:
– Kasiu, musisz pomyśleć o sobie. Dziewczyny są dorosłe.
Ale ja nie umiałam. Wychowałam się w domu, gdzie rodzina była najważniejsza. Moja mama do końca życia opiekowała się babcią i dziadkiem. Myślałam, że tak trzeba.
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Zastałam Magdę leżącą na kanapie z laptopem i Paulinę rozmawiającą przez telefon. Wszędzie panował bałagan: brudne naczynia w zlewie, pranie rozrzucone po salonie. Poczułam narastającą złość.
– Ile razy mam powtarzać, żebyście po sobie sprzątały? – zapytałam podniesionym głosem.
Magda nawet nie oderwała wzroku od ekranu:
– Mamo, przesadzasz.
Paulina przewróciła oczami:
– Może powinnaś wyjść na spacer i się przewietrzyć.
Wtedy coś we mnie pękło. Przez łzy powiedziałam im to zdanie: „Macie miesiąc na znalezienie sobie innego mieszkania. Od teraz będę mieszkać sama.”
Przez następne dni atmosfera w domu była napięta do granic możliwości. Córki chodziły obrażone, unikały mnie wzrokiem. Ja zamykałam się w swoim pokoju i płakałam po cichu do poduszki. Czułam się jak najgorsza matka na świecie.
Po tygodniu Magda przyszła do mnie wieczorem:
– Naprawdę chcesz nas wyrzucić?
– Nie chcę was wyrzucać – odpowiedziałam drżącym głosem – ale nie mogę już tak żyć. Potrzebuję przestrzeni dla siebie. Chcę poczuć się znowu jak gospodyni we własnym domu.
Paulina długo milczała, potem powiedziała:
– Myślałam, że po śmierci taty będziemy trzymać się razem.
– Ja też tak myślałam – odpowiedziałam szczerze – ale chyba każda z nas potrzebuje czegoś innego.
Zaczęły szukać mieszkań. Okazało się, że to nie takie proste – ceny wynajmu w Warszawie są kosmiczne. Pomogłam im znaleźć coś tańszego na obrzeżach miasta. Przez cały ten czas miałam wyrzuty sumienia i zastanawiałam się, czy robię dobrze.
Dzień wyprowadzki był najtrudniejszy w moim życiu. Stałam w pustym salonie i patrzyłam na puste półki po ich książkach i ubraniach. Przez chwilę chciałam zadzwonić i poprosić je, żeby wróciły. Ale wiedziałam, że to byłby krok wstecz.
Minęło kilka miesięcy. Córki radzą sobie lepiej niż myślałam – Magda znalazła nową pracę, Paulina zaczęła spotykać się z kimś poważnie. Ja nauczyłam się żyć sama: zapisałam się na jogę, zaczęłam czytać książki i spotykać się z koleżankami.
Czasem jednak nachodzi mnie smutek i poczucie winy. Czy byłam egoistką? Czy mogłam zrobić coś inaczej? Może powinnam była dłużej poczekać albo spróbować jeszcze raz porozmawiać?
Ale czy matka ma prawo myśleć o sobie? Czy zawsze musi poświęcać wszystko dla dzieci? Może czasem trzeba pozwolić im dorosnąć – nawet jeśli serce pęka z bólu.