Karmiłeś mnie obietnicami, a on kolacją: historia o stracie

Wszystko zaczęło się od trzaśnięcia drzwiami. Nie jego – moich. Wyszłam z mieszkania Bartka o szóstej rano, zostawiając za sobą zapach kawy, niedojedzone kanapki i ciszę, która bolała bardziej niż krzyk. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to będzie początek końca. Albo początek czegoś nowego – choć wtedy nie miałam na to siły.

Bartek spał na kanapie w salonie. Od miesięcy nie dzieliliśmy już łóżka. Każde z nas miało swój świat: on – komputer, ja – książki i wieczne gotowanie. W pracy byłam Magdą, tą uśmiechniętą księgową z osiedlowego biura rachunkowego. W domu byłam nikim. Czułam się przezroczysta, jakby moje istnienie było tylko tłem dla jego wiecznych planów: „Kochanie, jeszcze tylko ten projekt”, „Za rok kupimy dom”, „Obiecuję, że pojedziemy nad morze”.

Obietnice. Karmił mnie nimi jak dziecko kaszką. Zawsze coś miał dla mnie w zanadrzu – nowy samochód, wyjazd do Zakopanego, wspólne święta u jego rodziców (bo u moich zawsze było za ciasno i za głośno). Ale nigdy nie było czasu na zwykłą rozmowę. Nigdy nie było miejsca na moje potrzeby.

Pamiętam ten wieczór, kiedy wszystko pękło. Siedziałam przy stole, kroiłam warzywa na zupę i słuchałam jego monologu o pracy. Nawet nie zapytał, jak mi minął dzień. W końcu nie wytrzymałam:

– Bartek, czy ty mnie w ogóle jeszcze kochasz?

Spojrzał na mnie jak na dziecko, które pyta o coś oczywistego.

– Przestań, Magda. Przecież wiesz, że cię kocham. Po prostu teraz mam ciężki okres.

– Ale ten „ciężki okres” trwa już dwa lata! – głos mi się załamał.

Wzruszył ramionami i wrócił do komputera. Zupa wykipiała. Ja też.

Następnego dnia zadzwoniła mama:

– Magda, kiedy przyjedziecie na obiad? Dawno was nie było.

– Nie wiem, mamo. Bartek jest zajęty.

– Zawsze jest zajęty! – syknęła. – Ty też kiedyś będziesz miała dość.

Nie wiedziała jeszcze, jak bardzo miała rację.

Kilka tygodni później Bartek wrócił późno w nocy. Pachniał damskimi perfumami. Udawał, że to nowy zapach płynu do płukania.

– Magda, nie przesadzaj. Pracowałem do późna z Anką z działu marketingu.

– Anka ma taki sam zapach jak twoja koszula?

Milczenie. Potem kłamstwa. Potem łzy – moje, nie jego.

Zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu. Najpierw na spacery po osiedlu, potem do kawiarni na rogu, gdzie kelnerka znała już moje zamówienie na pamięć: czarna kawa i sernik z malinami. Tam poznałam Pawła.

Paweł był przeciwieństwem Bartka. Cichy, spokojny, trochę nieśmiały. Pracował jako nauczyciel historii w liceum naprzeciwko mojej pracy. Zaczęliśmy rozmawiać o książkach, potem o życiu. Zaprosił mnie na kolację do małej włoskiej knajpki na Pradze.

– Magda, zasługujesz na coś więcej niż zimna zupa i puste obietnice – powiedział pewnego wieczoru.

Wróciłam do domu późno. Bartek spał już na kanapie. Obudził się tylko po to, żeby zapytać:

– Gdzie byłaś?

– Na kolacji z koleżanką – skłamałam.

Nie uwierzył. Ale nawet nie próbował drążyć tematu.

W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam mu prawdę.

– Bartek… Ja odchodzę.

Spojrzał na mnie bez emocji:

– Do niego?

– Do siebie – odpowiedziałam cicho.

Spakowałam walizkę i wyszłam o szóstej rano. Mama była w szoku:

– Magda! Co ty wyprawiasz? Małżeństwo to nie zabawa! Co ludzie powiedzą?

Tata milczał przez dwa tygodnie. Siostra przestała się odzywać – „bo rozwód to wstyd”.

Zamieszkałam u koleżanki z pracy. Było ciasno i głośno, ale czułam się wolna pierwszy raz od lat. Paweł dzwonił codziennie:

– Magda, jak się czujesz?

– Jakbym spadła z klifu i jeszcze leciała w dół.

– Kiedyś się odbijesz – zapewniał.

Ale życie nie jest bajką. Po kilku tygodniach Paweł zaczął się wycofywać. Miał swoje problemy: chora matka, kredyt na mieszkanie, lęk przed zobowiązaniami.

– Magda… Ja nie jestem gotowy na nowy związek – powiedział pewnego dnia.

Zostałam sama. Bez męża, bez kochanka, bez wsparcia rodziny.

W pracy zaczęły się plotki:

– Słyszałaś? Magda zostawiła męża dla innego!

– Podobno ten nowy ją rzucił!

Udawałam twardą. Ale wieczorami płakałam w poduszkę.

Mama w końcu zadzwoniła:

– Magda… Może przyjedziesz na obiad?

Pojechałam. Przy stole siedzieli wszyscy: rodzice, siostra z mężem i dziećmi. Nikt nie patrzył mi w oczy.

– A Bartek? – zapytała babcia.

– Rozwodzimy się – odpowiedziałam spokojnie.

Babcia pokręciła głową:

– Kiedyś kobiety potrafiły wytrzymać więcej.

Zjadłam w milczeniu i wyszłam przed czasem.

Minęły miesiące. Nauczyłam się żyć sama: płacić rachunki, robić zakupy dla jednej osoby, chodzić do kina bez towarzystwa. Czasem spotykałam Bartka na mieście – zawsze sam, zawsze smutny.

Pewnego dnia zadzwonił:

– Magda… Może spróbujemy jeszcze raz?

Zastanawiałam się długo nad odpowiedzią. W końcu powiedziałam:

– Bartek… Ty karmiłeś mnie obietnicami przez lata. Paweł dał mi jedną kolację i trochę ciepła. Ale ja muszę nauczyć się być szczęśliwa sama ze sobą.

Odłożyłam słuchawkę i poczułam ulgę.

Dziś mijają dwa lata od tamtego poranka. Mam własne mieszkanie (małe, ale moje), nową pracę i kilku przyjaciół. Mama zaakceptowała mój wybór – choć czasem jeszcze wzdycha nad rosołem: „A mogłaś mieć dom pod Warszawą…”.

Czasem myślę o Bartku i Pawle. O tym wszystkim, co straciłam i co zyskałam. Czy warto było? Czy samotność jest lepsza od życia w złudzeniach? Może szczęście to po prostu umieć usiąść samemu do stołu i zjeść kolację bez żalu?

A Wy? Czy mieliście kiedyś odwagę zacząć wszystko od nowa? Co jest trudniejsze: zostać czy odejść?