Czy naprawdę byłam tą złą teściową? Moja walka o rodzinę, której prawie nie straciłam

– Znowu to samo, Aniu? – mój głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzałam. Stałam w kuchni, patrząc, jak moja synowa kroi marchewkę na zupę. Jej ręka zadrżała, a kawałki warzywa rozsypały się po blacie. – Może lepiej ja to zrobię – dodałam ciszej, ale już wiedziałam, że za późno.

– Mamo, proszę… – odezwał się mój syn Michał zza stołu. – Daj Ani spokój. Ona stara się jak może.

Zacisnęłam usta. Zawsze miałam wrażenie, że jestem tu tylko gościem, choć to ja ich przygarnęłam pod swój dach, kiedy Michał stracił pracę. Ale odkąd się ożenił, czułam się coraz bardziej zbędna. Ania była inna niż sobie wyobrażałam – cicha, zamknięta w sobie, nieśmiała. Nie taka żona dla mojego syna, jaką chciałam. I chyba nigdy jej tego nie wybaczyłam.

Przez lata nasze relacje były napięte. Każda rozmowa kończyła się spięciem. Każde święta – łzami Ani w łazience i moim poczuciem winy. Michał próbował godzić nas na siłę, ale tylko pogarszał sprawę. W końcu wyprowadzili się do własnego mieszkania na drugim końcu miasta. Od tamtej pory widywaliśmy się rzadko – głównie na urodzinach wnuczki Zosi.

Czułam się coraz bardziej samotna. Mąż zmarł pięć lat temu, a ja zostałam sama w dużym mieszkaniu na Pradze. Czasem dzwoniłam do Michała, ale rozmowy były krótkie i pełne niezręczności. Ania nigdy nie podchodziła do telefonu.

Aż pewnego dnia zadzwonił dzwonek do drzwi. Była środa, deszczowy wieczór. Otworzyłam i zobaczyłam przed sobą zapłakaną Anię z Zosią na rękach.

– Pani Haniu… – zaczęła drżącym głosem. – Michał miał wypadek samochodowy. Jest w szpitalu…

Poczułam, jak świat usuwa mi się spod nóg. Bez słowa przytuliłam Zosię i zaprosiłam je do środka. Przez następne dni mieszkały u mnie. Ania była rozbita, nie spała po nocach, a ja starałam się być dla niej wsparciem – pierwszy raz od lat.

W szpitalu Michał leżał nieprzytomny przez tydzień. Każdego dnia jeździłyśmy tam razem. W drodze milczałyśmy lub rozmawiałyśmy o Zosi. Czułam, jak między nami powoli topnieje lód.

Pewnego wieczoru Ania usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.

– Pani Haniu… chciałam przeprosić za wszystko…

Zaskoczyła mnie. Spojrzałam jej w oczy i zobaczyłam w nich strach i żal.

– To ja powinnam przeprosić – powiedziałam cicho. – Byłam dla ciebie okropna. Chciałam tylko dobrze dla Michała…

– Wiem – przerwała mi łagodnie. – Ale czasem miałam wrażenie, że nigdy nie będę wystarczająco dobra.

Zrobiło mi się wstyd. Ile razy patrzyłam na nią z góry? Ile razy podcinałam jej skrzydła?

Po kilku dniach Michał odzyskał przytomność. Lekarze mówili o cudzie. Wrócił do domu słaby i obolały, ale żywy. Wszyscy płakaliśmy ze szczęścia.

Po tym wszystkim coś się zmieniło. Ania zaczęła częściej dzwonić, pytać o rady dotyczące Zosi czy obiadu na niedzielę. Michał zapraszał mnie na spacery z wnuczką.

Ale mimo tych zmian, wciąż czułam ciężar dawnych lat. Pewnego popołudnia siedziałam z Anią na ławce w parku.

– Myśli pani, że można zacząć od nowa? – zapytała nagle.

Spojrzałam na nią długo.

– Nie wiem… Ale chyba warto spróbować.

Wróciłyśmy do domu razem, trzymając się pod rękę. Po raz pierwszy poczułam, że może jeszcze nie wszystko stracone.

Dziś patrzę na moją rodzinę i zastanawiam się: czy naprawdę byłam tą złą teściową? Czy można naprawić tyle lat bólu jednym gestem? A może prawdziwe przebaczenie wymaga czasu i odwagi? Co wy o tym myślicie?