„Przyjadą goście!” – Powrót do rodzinnego domu i konfrontacja z przeszłością, której się bałam
– Zosia, przyjadą goście w sobotę. Chciałabym, żebyś była – głos mamy drżał lekko, jakby już spodziewała się mojej odmowy.
Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. W mojej głowie rozbrzmiały echa dawnych kłótni, trzaskających drzwi i szeptów za zamkniętymi ścianami. Goście. To słowo zawsze oznaczało jedno: teatr. Udawanie, że wszystko jest w porządku, że nasza rodzina to przykład harmonii, a nie pole bitwy.
– Mamo, nie wiem…
– Zosiu, proszę cię. To ważne. Przyjedzie ciocia Irena z Wrocławia i…
– I co? – przerwałam jej ostrzej, niż zamierzałam. – Chcesz, żebym znów udawała, że nic się nie stało?
Zapadła cisza. Słyszałam tylko jej oddech po drugiej stronie słuchawki. W końcu westchnęła:
– Zosiu, minęło już tyle lat. Może czas…
Nie dokończyła. Ale ja wiedziałam, o co jej chodziło. O tamtą noc sprzed dziesięciu lat, kiedy tata wrócił pijany z imienin sąsiada i wszystko się rozpadło. O krzyki, które słyszeli wszyscy sąsiedzi w naszej małej wsi pod Puławami. O to, jak następnego dnia spakowałam walizkę i wyjechałam na studia do Lublina, przysięgając sobie, że nigdy nie wrócę.
Ale teraz coś się we mnie złamało. Może to była tęsknota za czymś, czego nigdy nie miałam? A może po prostu zmęczenie ucieczką?
– Dobrze – powiedziałam cicho. – Przyjadę.
Droga do domu była jak podróż w czasie. Każde pole, każdy zakręt przypominał mi dzieciństwo: beztroskie zabawy z bratem na łące, zapach świeżo skoszonej trawy i… wieczorne awantury rodziców. Gdy wysiadłam z autobusu na przystanku „Stara Wieś”, poczułam znajomy ucisk w żołądku.
Mama czekała na mnie przed domem. Wyglądała starzej niż ją zapamiętałam – siwe włosy spięte w kok, zmarszczki wokół oczu. Uśmiechnęła się niepewnie.
– Dobrze, że jesteś.
Przytuliłyśmy się niezręcznie. W środku domu pachniało ciastem drożdżowym i świeżo parzoną kawą. Ale pod tym wszystkim czułam napięcie – jakby ściany pamiętały więcej niż my chciałyśmy przyznać.
Wieczorem przyjechali goście: ciocia Irena z mężem, kuzynka Marta z narzeczonym i… mój brat Tomek z żoną i dwójką dzieci. Tomka nie widziałam od lat. Odkąd wyjechał do Warszawy, kontaktowaliśmy się tylko przez Facebooka.
– No proszę, Zosia! – rzucił Tomek z wymuszonym entuzjazmem. – Myślałem, że już całkiem o nas zapomniałaś.
– Nie każdy może sobie pozwolić na ucieczkę do stolicy – odpowiedziałam z przekąsem.
Mama spojrzała na mnie ostrzegawczo. Wiedziałam, że powinnam ugryźć się w język, ale nie potrafiłam już dłużej udawać.
Kolacja była jak pole minowe. Każde zdanie mogło wywołać eksplozję. Ciocia Irena opowiadała o swoich problemach zdrowotnych, Marta chwaliła się nową pracą w urzędzie gminy, a Tomek… Tomek milczał i patrzył gdzieś w bok.
W końcu nie wytrzymałam.
– Może powiemy sobie wreszcie prawdę? – rzuciłam nagle.
Wszyscy zamilkli.
– O czym ty mówisz? – spytała ciocia Irena nerwowo.
– O tym, że od lat udajemy przed sobą i przed innymi, że jesteśmy normalną rodziną! Że tata nie pił! Że mama nie płakała po nocach! Że Tomek nie uciekł z domu tylko dlatego, że miał dość tego wszystkiego!
Mama pobladła. Tomek zacisnął pięści na stole.
– Zosia…
– Nie! – przerwałam mu. – Ja już nie chcę milczeć! Przez lata nosiłam w sobie ten gniew i żal! Przez lata bałam się wrócić tutaj, bo wiedziałam, że wszystko wróci! Ale teraz chcę to powiedzieć głośno: skrzywdziliście mnie! Skrzywdziliście siebie nawzajem!
Wstałam od stołu i wybiegłam na podwórko. Łzy płynęły mi po policzkach. Słyszałam za sobą kroki – to był Tomek.
– Zosia… Przepraszam. Ja też nie umiałem sobie z tym poradzić.
Spojrzałam na niego przez łzy.
– Dlaczego nigdy o tym nie rozmawialiśmy?
Tomek wzruszył ramionami.
– Bo tak nas wychowali? Bo w naszej rodzinie o takich rzeczach się nie mówi?
Usiedliśmy razem na ławce pod starą lipą. Przez chwilę milczeliśmy.
– Myślisz, że można to jeszcze naprawić? – spytałam cicho.
Tomek spojrzał na mnie smutno.
– Nie wiem. Ale może warto spróbować?
Wróciliśmy do domu razem. Mama siedziała przy stole ze spuszczoną głową.
– Przepraszam cię, Zosiu – powiedziała cicho. – Bałam się prawdy bardziej niż czegokolwiek innego. Ale masz rację… Może czas przestać udawać.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Słuchałam oddechów domowników i myślałam o tym, ile jeszcze rodzin w Polsce żyje w podobnym kłamstwie – bo tak łatwiej, bo „co ludzie powiedzą”.
Może właśnie od takich rozmów zaczyna się uzdrawianie? Może czasem trzeba rozbić skorupę pozorów, żeby wreszcie poczuć ulgę?
Czy wy też macie w sobie takie rany? Czy potrafilibyście wrócić do domu i powiedzieć głośno to, co boli najbardziej?