Trójka dzieci w rok – Jak przetrwać, gdy życie wali się na głowę? Moja walka o godność i miłość jako samotna matka

– Znowu płaczą? – usłyszałam przez cienką ścianę głos sąsiadki. – Ta dziewczyna chyba nie wie, co robi.

Zacisnęłam powieki, próbując nie wybuchnąć płaczem razem z moimi dziećmi. W pokoju obok rozlegał się krzyk najmłodszego, Kacpra, a na kanapie obok mnie leżała Zosia z gorączką. Michał, najstarszy, siedział skulony przy stole i rysował coś na kartce, udając, że nie słyszy chaosu wokół. Była trzecia nad ranem. W tym roku po raz trzeci zostałam matką. Każde dziecko urodziło się w innym miesiącu, każde z innym ojcem, a ja zostałam sama – bez wsparcia, bez partnera, bez rodziny.

Moja mama przestała odbierać telefony po narodzinach Kacpra. „Nie tak cię wychowałam, Aniu” – powiedziała mi wtedy przez łzy. Ojciec tylko wzruszył ramionami i wyszedł z domu. Od tamtej pory nie widziałam ich ani razu. Mój świat skurczył się do czterech ścian wynajmowanego mieszkania na obrzeżach Warszawy i trójki dzieci, które były całym moim życiem i jednocześnie największym ciężarem.

Czasem zastanawiałam się, jak to się stało. Jeszcze dwa lata temu miałam plany: studia pedagogiczne, praca w przedszkolu, własny kąt. Potem pojawił się Tomek – pierwszy chłopak, pierwsza miłość. Zaszłam w ciążę z Michałem. Tomek uciekł przy pierwszej kłótni o pieluchy. Potem był Krzysiek – wydawało się, że będzie lepiej. Było gorzej. Zosia przyszła na świat w środku zimy, a Krzysiek zniknął szybciej niż śnieg z chodników. Kacper był wynikiem krótkiej znajomości z Bartkiem – próbowałam znaleźć kogoś, kto mnie pokocha i zaakceptuje moje dzieci. Bartek uciekł jeszcze zanim dowiedział się o ciąży.

Wszystko to brzmi jak kiepski serial, ale dla mnie to była codzienność. Każdy dzień zaczynał się od walki: o mleko, o pieluchy, o chwilę ciszy. O to, by nie zwariować.

Pamiętam dzień, kiedy zabrakło mi pieniędzy na mleko dla Kacpra. Stałam w sklepie i liczyłam drobniaki, a ekspedientka patrzyła na mnie z politowaniem. „Może powinna pani pomyśleć o antykoncepcji” – rzuciła cicho pod nosem. Poczułam wtedy taki wstyd, że chciałam zniknąć. Ale nie mogłam – musiałam wrócić do domu i być silna dla moich dzieci.

Najgorsze były wieczory. Kiedy dzieci spały, siadałam na podłodze w kuchni i płakałam w ciszy. Czułam się jak najgorsza matka świata. Moja rodzina mnie potępiła, sąsiedzi plotkowali, a ja nie miałam nikogo do pomocy. Nawet państwo wydawało się być przeciwko mnie – zasiłki ledwo starczały na jedzenie i rachunki.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie ciotka Jadzia.
– Aniu, musisz coś ze sobą zrobić – powiedziała bez ogródek. – Ludzie gadają…
– A co mam zrobić? – zapytałam przez łzy. – Oddać dzieci do domu dziecka?
– Nie wiem… Ale tak dalej być nie może.

Rozłączyłam się i długo patrzyłam w okno na szare blokowisko. Czy naprawdę jestem aż taką porażką? Czy moje dzieci zasługują na lepszą matkę?

Z czasem nauczyłam się walczyć o siebie i o nich. Znalazłam pracę sprzątaczki w pobliskiej szkole – dyrektorka zgodziła się zatrudnić mnie na pół etatu i pozwoliła czasem przyprowadzać dzieci do świetlicy. Michał zaczął chodzić do zerówki, Zosia do przedszkola, a Kacper spał w wózku pod moim czujnym okiem.

Nie było łatwo. Każdego dnia słyszałam szepty: „To ta Anka z trójką bachorów” albo „Sama sobie winna”. Ale były też chwile nadziei – kiedy Michał przyniósł mi laurkę z napisem „Kocham Cię mamo” albo gdy Zosia pierwszy raz powiedziała „dziękuję” za kolację.

Największym wyzwaniem była samotność. Brakowało mi rozmów dorosłych ludzi, wsparcia, zwykłego przytulenia. Czasem marzyłam o tym, by ktoś zapytał mnie: „Jak się czujesz?” albo po prostu podał kubek herbaty.

Pewnego wieczoru usiadłam z Michałem na łóżku.
– Mamo, dlaczego nie mamy taty? – zapytał nagle.
Zatkało mnie.
– Bo… czasem dorośli nie potrafią być razem – odpowiedziałam cicho.
– Ale my mamy siebie, prawda?
Przytuliłam go mocno.
– Tak synku. Zawsze będziemy mieć siebie.

To zdanie stało się moim mottem na kolejne miesiące. Przestałam przejmować się opiniami innych. Skupiłam się na tym, by moje dzieci czuły się kochane i bezpieczne.

Dziś wiem jedno: życie potrafi rzucić człowieka na kolana, ale to od nas zależy, czy wstaniemy. Każdego dnia walczę o lepsze jutro dla moich dzieci i dla siebie.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: Czy mogłam postąpić inaczej? Czy jestem wystarczająco dobrą matką? Może to właśnie Wy macie odpowiedź…