Nie spiesz się z małżeństwem, Emilia: Moja ucieczka spod ołtarza i walka o własne szczęście

— Emilia, czy ty naprawdę nie potrafisz zrobić tych naleśników bez grudek? — głos pani Zofii, matki mojego narzeczonego, rozbrzmiał w kuchni jeszcze zanim zdążyłam dobrze otworzyć oczy. Była piąta rano, a ja już stałam przy kuchence, mieszając ciasto i próbując nie rozlać łez do środka. Michał jeszcze spał. On nigdy nie wstawał tak wcześnie, nawet w dniu własnych urodzin. Ale jego matka? Ona zawsze była na posterunku.

— Przepraszam, już poprawiam — odpowiedziałam cicho, czując jak dłonie mi drżą. Ostatnio drżały coraz częściej. Zastanawiałam się, czy to przez kawę, czy przez strach.

— Emilia, pamiętaj, że w naszej rodzinie wszystko musi być idealne. Michał zasługuje na najlepsze — dodała pani Zofia, patrząc na mnie z góry. Miała rację. W ich rodzinie wszystko musiało być idealne: dom, śniadanie, przyszła synowa.

Kiedy Michał w końcu zszedł na dół, uśmiechnął się do mnie i pocałował w czoło. — Dziękuję, kochanie. Wiesz, mama ma rację. Może następnym razem spróbuj dodać mniej mleka? — rzucił lekko, nieświadomy tego, jak bardzo mnie to boli.

Przez ostatnie miesiące czułam się jak cień samej siebie. Kiedyś byłam radosną dziewczyną z Białegostoku, która marzyła o własnej kawiarni i podróżach po świecie. Teraz byłam tylko „tą Emilią od Michała” — dziewczyną, która nie potrafi zrobić naleśników bez grudek i która nie pasuje do rodziny Nowaków.

Wieczorem przed ślubem siedziałam w swoim pokoju gościnnym i patrzyłam na suknię wiszącą na drzwiach szafy. Była piękna — biała, delikatna, z koronkowymi rękawami. Ale im dłużej na nią patrzyłam, tym bardziej wydawała mi się klatką.

— Emilia, wszystko gotowe na jutro? — zapytała moja mama przez telefon. Jej głos był ciepły, ale słyszałam w nim nutę niepokoju.

— Tak, mamo. Wszystko gotowe — skłamałam.

W nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie głosy: „Musisz być lepsza”, „Nie zawiedź nas”, „Michał zasługuje na ideał”. Gdzieś pomiędzy tymi myślami pojawiło się pytanie: „A czego ty chcesz, Emilio?”.

O świcie wstałam po cichu i wyszłam na balkon. Powietrze było rześkie, pachniało lipą i wolnością. Wtedy poczułam to wyraźnie: nie chcę tego życia. Nie chcę być tylko dodatkiem do czyjegoś szczęścia.

Zeszłam do kuchni i napisałam krótką wiadomość do Michała: „Przepraszam. Nie mogę tego zrobić”. Potem spakowałam plecak i wyszłam z domu Nowaków po raz ostatni.

Biegłam przez puste ulice Warszawy, czując jak serce wali mi jak młotem. Po raz pierwszy od miesięcy oddychałam pełną piersią. Wsiadłam do pierwszego pociągu do Białegostoku.

Mama otworzyła mi drzwi w szlafroku. — Emilia? Co się stało?

Rozpłakałam się jak dziecko. — Nie mogłam… Mamo, ja tam umierałam każdego dnia.

Przytuliła mnie mocno. — Dobrze zrobiłaś. Lepiej być samą niż nieszczęśliwą z kimś tylko dlatego, że tak wypada.

Przez kolejne tygodnie odbierałam dziesiątki telefonów od Michała i jego rodziny. Były łzy, groźby, prośby o powrót. Pani Zofia przyszła nawet do naszego domu.

— Emilia, nie możesz tak po prostu odejść! Co ludzie powiedzą? My cię przyjęliśmy jak córkę!

— Ale nigdy nie pozwoliliście mi być sobą — odpowiedziałam jej spokojnie.

Zaczęłam powoli odzyskiwać siebie. Zapisałam się na kurs baristyczny i zaczęłam pracować w małej kawiarni na rynku. Każdego dnia uczyłam się na nowo oddychać bez strachu przed oceną.

Czasem myślę o Michale. Był dobrym człowiekiem, ale nigdy nie stanął po mojej stronie. Zawsze wybierał spokój matki zamiast mojego szczęścia.

Dziś wiem jedno: szczęście nie ucieka przed tymi, którzy mają odwagę go szukać.

Czy naprawdę warto poświęcać siebie dla cudzych oczekiwań? A może lepiej czasem uciec — nawet spod ołtarza — by odnaleźć własną drogę?