„Nie, mama nie zamieszka z nami!” – Mój dramat o dom, granice i własną godność

– Nie, Piotrze! Nie zgadzam się! – krzyknęłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Stałam w kuchni, ściskając kubek z herbatą tak mocno, że aż bolały mnie palce. Piotr patrzył na mnie z niedowierzaniem, jakby pierwszy raz widział mnie naprawdę zdenerwowaną.

– Ola, ona nie ma dokąd pójść. Tata odszedł, mieszkanie sprzedane… To moja matka! – jego głos drżał, ale nie było w nim czułości. Była tylko presja. I poczucie obowiązku.

Wiedziałam, że to nie jest zwykła prośba. To był rozkaz podszyty szantażem emocjonalnym. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie słowa Piotra i widząc twarz jego matki – pani Haliny. Zawsze była obecna w naszym życiu, ale nigdy tak blisko. Nigdy pod naszym dachem.

Następnego dnia Piotr wrócił z pracy wcześniej niż zwykle. Wprowadził mamę do naszego mieszkania na warszawskim Ursynowie bez słowa uprzedzenia. Stałam w progu salonu, kiedy pani Halina rozglądała się po pokoju z miną inspektora sanitarnego.

– No, Ola, widzę, że jeszcze nie nauczyłaś się prasować koszul Piotra – rzuciła z przekąsem.

Zacisnęłam zęby. Przez kolejne dni czułam się jak intruz we własnym domu. Pani Halina komentowała wszystko: od tego, jak gotuję rosół („Moja mama zawsze dodawała więcej pietruszki”), po to, jak wychowuję naszą córkę Zosię („Dziecko powinno chodzić spać wcześniej!”). Piotr milczał. Czasem tylko rzucał mi porozumiewawcze spojrzenie, jakby przepraszał za matkę. Ale nigdy nie stanął po mojej stronie.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę w kuchni:

– Piotruś, ona cię nie szanuje. Ja bym sobie na to nie pozwoliła…
– Mamo, proszę cię…
– Nie pozwól jej rządzić! To twój dom!

Zrobiło mi się niedobrze. Poczułam się zdradzona przez własnego męża. Przez kolejne tygodnie dom zamienił się w pole bitwy. Każda drobnostka była pretekstem do kłótni: niewyniesione śmieci, źle ustawione buty w przedpokoju, nawet sposób składania ręczników.

Zosia zaczęła się jąkać. Przestała zapraszać koleżanki do domu. Pewnej nocy przyszła do mnie do łóżka i zapytała:

– Mamo, czy babcia zawsze będzie z nami mieszkać?

Nie umiałam jej odpowiedzieć.

W pracy przestałam się uśmiechać. Koleżanki pytały:

– Ola, co się dzieje?

Wstydziłam się przyznać, że nie radzę sobie z własnym życiem. Że czuję się jak cień we własnym domu.

Pewnego dnia wróciłam wcześniej i usłyszałam rozmowę pani Haliny przez telefon:

– Ona jest leniwa i niewdzięczna. Gdyby nie ja, Piotrek dawno by ją zostawił…

Coś we mnie pękło. Wieczorem usiadłam naprzeciwko Piotra.

– Albo ona się wyprowadza, albo ja. Nie dam rady dłużej tak żyć.

Piotr patrzył na mnie długo. Widziałam w jego oczach strach i bezradność.

– Ola… To moja matka…
– A ja jestem twoją żoną! – przerwałam mu drżącym głosem. – Czy naprawdę chcesz stracić rodzinę przez to, że boisz się powiedzieć jej „nie”?

Nastąpiła cisza. Najdłuższa w naszym życiu.

Następnego dnia Piotr porozmawiał z matką. Słyszałam podniesione głosy zza drzwi. Pani Halina wybiegła z pokoju ze łzami w oczach i trzasnęła drzwiami od sypialni.

Wieczorem przyszła do mnie.

– Ola… Może rzeczywiście przesadziłam… Ale ja nie mam nikogo…

Patrzyłam na nią długo. Widziałam w niej nie tylko teściową, ale też kobietę samotną i przestraszoną.

– Pani Halino… Ja też chcę mieć dom. Swój dom. Proszę to zrozumieć.

Po tygodniu pani Halina znalazła pokój do wynajęcia u sąsiadki z parteru. Zosia znów zaczęła się śmiać. Piotr długo nie mógł mi spojrzeć w oczy.

Czasem myślę: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy można pomóc komuś bliskiemu bez poświęcania siebie? Czy rodzina zawsze oznacza rezygnację z własnych granic?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?