Wróciłam z noworodkiem do pustego domu – czy naprawdę jestem w tym sama?

Drzwi zatrzasnęły się za mną z głuchym trzaskiem. W jednej ręce trzymałam fotelik z moim synkiem, w drugiej torbę z rzeczami ze szpitala. W powietrzu unosił się zapach nieświeżości, jakby dom przez te kilka dni bez nas zdążył zapomnieć, czym jest życie. Rozejrzałam się po salonie – na stole piętrzyły się brudne talerze, na podłodze leżały porozrzucane ubrania Michała. Cisza była tak gęsta, że niemal słyszałam własne myśli: „Czy naprawdę jestem w tym sama?”

Michał nie odebrał mnie ze szpitala. Napisał tylko krótkiego SMS-a: „Nie dam rady dziś przyjechać, mam dużo pracy”. Tak bardzo chciałam uwierzyć, że to tylko chwilowe, że wróci do nas, do mnie i do naszego synka. Ale kiedy weszłam do pustego mieszkania, poczułam, że to nie jest tylko jego nieobecność fizyczna. To była pustka, która rozlała się po wszystkich kątach naszego życia.

Położyłam małego Antosia do łóżeczka i usiadłam na kanapie. Przez chwilę patrzyłam na ścianę, na której jeszcze niedawno wisiały nasze wspólne zdjęcia – teraz zostały tylko puste gwoździe. Michał zabrał je kilka tygodni temu, tłumacząc się remontem. Ale ja wiedziałam, że to coś więcej.

Telefon zadzwonił dopiero wieczorem. Michał mówił szybko, nerwowo:
– Wszystko w porządku? – zapytał bez cienia czułości.
– Tak… Antoś śpi. – Odpowiedziałam cicho.
– Dobrze. Muszę kończyć, mam spotkanie.

Rozłączył się zanim zdążyłam zapytać, kiedy wróci. Poczułam łzy pod powiekami, ale nie pozwoliłam im spłynąć. Musiałam być silna dla mojego dziecka.

Noc była długa. Antoś budził się co dwie godziny, płakał, a ja tuliłam go do piersi, próbując ukoić jego i siebie. Każdy jego oddech był dla mnie przypomnieniem, że muszę walczyć – chociażby dla niego. Ale w głowie kłębiły się pytania: Gdzie jest Michał? Dlaczego zostawił nas samych w najważniejszym momencie naszego życia?

Rano zadzwoniła mama.
– Jak się czujesz, kochanie?
– Dobrze… – skłamałam.
– Michał ci pomaga?
Zawahałam się.
– Jest zajęty pracą.
Mama westchnęła ciężko.
– Pamiętaj, że możesz na mnie liczyć.

Ale przecież to nie mama powinna być teraz przy mnie. To on miał być moim wsparciem. Przypomniałam sobie nasze rozmowy sprzed kilku miesięcy – jak obiecywał, że będzie najlepszym ojcem na świecie, że razem damy radę. Co się stało z tymi obietnicami?

Dni mijały jeden za drugim. Michał wracał coraz później albo wcale nie wracał na noc. Tłumaczył się pracą, projektami, stresem. Czułam się coraz bardziej przezroczysta – jakby mnie już nie było w jego życiu. Czasem patrzył na mnie z wyrzutem, jakby narodziny Antosia były moją winą.

Pewnego wieczoru zebrałam się na odwagę i zapytałam:
– Michał… czy ty jeszcze chcesz być z nami?
Spojrzał na mnie chłodno.
– Nie wiem. Nie jestem gotowy na to wszystko. To mnie przerasta.
Zamarłam. Chciałam krzyczeć, płakać, błagać go o miłość. Ale nie zrobiłam nic. Wzięłam Antosia na ręce i poszłam do sypialni.

Zaczęły się ciche wojny – o drobiazgi, o pieluchy zostawione na stole, o to, kto wyprowadzi śmieci. Michał coraz częściej znikał na całe weekendy. Zaczęły dochodzić mnie plotki od sąsiadów – widzieli go z jakąś kobietą w kawiarni na rynku. Nie chciałam wierzyć, ale serce podpowiadało mi najgorsze.

Pewnej nocy usiadłam przy łóżeczku Antosia i zaczęłam płakać tak cicho, żeby go nie obudzić. Poczułam się jak dziecko – opuszczone i bezradne. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo: tata też odszedł od mamy, kiedy byłam mała. Przysięgałam sobie wtedy, że nigdy nie pozwolę, by moje dziecko czuło się tak samo samotne jak ja kiedyś.

Rano zadzwoniła moja przyjaciółka Kasia.
– Słychać po głosie, że coś jest nie tak – powiedziała bez ogródek.
Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko.
– Musisz pomyśleć o sobie i o Antosiu – powiedziała stanowczo. – Nie możesz wiecznie czekać na kogoś, kto już odszedł sercem.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zaczęłam rozważać powrót do mamy na wieś albo wynajęcie małego mieszkania tylko dla siebie i synka. Bałam się tej decyzji – bałam się samotności jeszcze bardziej niż teraz. Ale bałam się też życia w zawieszeniu, w ciągłym oczekiwaniu na cud.

Któregoś dnia Michał wrócił wcześniej niż zwykle. Był pijany. Zaczął krzyczeć bez powodu:
– Wszystko przez ciebie! Zmarnowałaś mi życie! Myślisz tylko o sobie i tym bachorze!
Stałam nieruchomo z Antosiem na rękach. Po raz pierwszy poczułam nie tylko smutek, ale i gniew.
– Dość! – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Jeśli nie chcesz być częścią naszego życia, odejdź.
Michał spojrzał na mnie zaskoczony i wyszedł trzaskając drzwiami.

Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy i pojechałam do mamy. Przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Poczułam ulgę i strach jednocześnie – co dalej? Czy dam radę sama wychować dziecko? Czy jeszcze kiedyś będę szczęśliwa?

Dziś patrzę na śpiącego Antosia i wiem jedno: nie jestem już tą samą osobą co kilka miesięcy temu. Przeszłam przez piekło samotności i rozczarowania, ale znalazłam w sobie siłę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Może życie potrafi jeszcze zaskoczyć? Może szczęście jest bliżej niż myślę? Czy naprawdę trzeba być z kimś za wszelką cenę? A może czasem lepiej wybrać siebie i swoje dziecko?