Spotkanie po latach: Czy można zacząć od nowa, gdy wszystko już się wydarzyło?

To był taki poranek, kiedy miasto oddycha ciszej. Liście pod stopami brzmiały jak papierowe listy, których nigdy nie wysłałam. Siedziałam na ławce w parku Skaryszewskim, karmiłam wróble okruszkami po pączku i próbowałam nie myśleć o tym, jak szybko dzieci wynoszą z domu swoje kubki i jak nagle robi się miejsce na cudze wspomnienia. Wtedy usłyszałam głos z boku — niski, ciepły, znajomy do bólu: „Zawsze lubiłaś karmić ptaki, Aniu.”

Zamarłam. Przez chwilę miałam wrażenie, że to żart losu albo przewidzenie. Odwróciłam głowę i zobaczyłam go — Andrzeja. Tego samego Andrzeja, którego kochałam w liceum, z którym planowałam uciec do Krakowa na studia, zanim życie rozrzuciło nas w różne strony. Stał przede mną starszy, siwiejący na skroniach, ale z tym samym uśmiechem, który kiedyś sprawiał, że świat wydawał się prostszy.

„Andrzej?” — wyszeptałam, a on tylko skinął głową i usiadł obok mnie na ławce. Przez chwilę milczeliśmy. Czułam się jak nastolatka, która nie wie, co powiedzieć chłopakowi z sąsiedniej klasy. W końcu odezwał się pierwszy:

— Wiesz, zawsze myślałem, że jeszcze kiedyś cię spotkam. Ale nie sądziłem, że to będzie właśnie dziś.

Poczułam łzy pod powiekami. Przez czterdzieści lat nie pozwalałam sobie myśleć o nim zbyt często. Życie było zbyt zajęte — dzieci, praca w szkole, potem opieka nad chorą mamą. Mąż, który coraz częściej znikał w swoim świecie i którego obecność była bardziej przyzwyczajeniem niż wyborem. A teraz Andrzej siedział obok mnie i patrzył tak samo uważnie jak wtedy, gdy miałam siedemnaście lat.

— Co u ciebie? — zapytałam cicho.

— Rozwiodłem się dziesięć lat temu. Syn mieszka w Gdańsku, widujemy się rzadko. Pracuję jeszcze trochę w wydawnictwie, ale coraz częściej myślę o emeryturze. A ty?

Westchnęłam ciężko.

— Dzieci wyjechały za granicę. Mąż… Cóż, jesteśmy razem, ale bardziej obok siebie niż ze sobą. Czasem mam wrażenie, że jestem przezroczysta.

Andrzej spojrzał na mnie z troską.

— Pamiętasz nasze plany? Chcieliśmy razem zamieszkać w Krakowie, pisać wiersze i pić kawę do rana.

Zaśmiałam się przez łzy.

— Pamiętam. Ale wtedy wszystko wydawało się możliwe.

Przez chwilę milczeliśmy. Wokół nas przechodziły matki z dziećmi, starsi panowie z psami, a ja czułam się jakby świat zatrzymał się tylko dla nas dwojga.

— Dlaczego wtedy nie pojechałaś ze mną? — zapytał nagle Andrzej.

To pytanie bolało mnie od lat. Wzięłam głęboki oddech.

— Mama była chora. Ojciec pił coraz więcej. Bałam się zostawić ich samych. A potem poznałam Marka…

Andrzej skinął głową ze zrozumieniem.

— Ja też nie byłem wtedy gotowy walczyć o nas do końca.

Zamilkliśmy. W mojej głowie przewijały się obrazy: pierwsze pocałunki na szkolnym boisku, listy pisane na lekcjach matematyki, obietnice składane szeptem pod blokiem. I to jedno pożegnanie na dworcu Warszawa Centralna — on z biletem do Krakowa, ja z łzami w oczach i ciężarem odpowiedzialności za rodzinę.

— Myślisz czasem o tym, co by było gdyby? — zapytałam szeptem.

Andrzej uśmiechnął się smutno.

— Czasem za często. Ale potem przypominam sobie, że życie to nie bajka. Każdy wybór coś kosztuje.

W tej chwili zadzwonił mój telefon. To była córka z Londynu — chciała wiedzieć, czy wysłałam jej paczkę z pierogami na święta. Odpowiedziałam szybko i odłożyłam słuchawkę.

— Dzieci… — westchnęłam. — Nawet kiedy są daleko, ciągle czegoś potrzebują.

Andrzej spojrzał mi prosto w oczy.

— A czego ty potrzebujesz, Aniu?

To pytanie uderzyło mnie mocniej niż wszystkie inne tego dnia. Czego ja właściwie chcę? Czy jeszcze potrafię czegoś pragnąć dla siebie?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Andrzej wyciągnął rękę i delikatnie dotknął mojej dłoni.

— Może pójdziemy na kawę? Tak jak kiedyś?

Zgodziłam się bez namysłu. Szliśmy razem przez park jak para nastolatków uciekających przed światem dorosłych problemów. W kawiarni przy Rondzie Waszyngtona zamówiliśmy dwie czarne kawy i pączki z różą — dokładnie tak jak czterdzieści lat temu.

Rozmawialiśmy długo — o dzieciach, o samotności w małżeństwie, o straconych szansach i nowych początkach. Andrzej opowiadał o swoim życiu po rozwodzie: o pustym mieszkaniu pełnym książek i ciszy, o synu, który dzwoni tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje. Ja mówiłam o Marku — o tym, jak bardzo się oddaliliśmy przez lata wspólnego milczenia i jak trudno jest odejść od kogoś tylko dlatego, że już się go nie kocha.

W pewnym momencie Andrzej spojrzał na mnie poważnie:

— Aniu… Myślisz, że jeszcze możemy być szczęśliwi?

Zabrakło mi słów. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W mojej głowie kłębiły się pytania: Czy mam prawo jeszcze czegoś chcieć? Czy mogę zostawić Marka dla własnego szczęścia? Czy to nie jest egoizm?

Wyszliśmy z kawiarni razem. Andrzej odprowadził mnie do tramwaju i zanim wsiadłam, powiedział cicho:

— Jeśli kiedyś zdecydujesz się zawalczyć o siebie… będę czekał.

Wracałam do domu z sercem pełnym sprzecznych uczuć. W mieszkaniu czekała na mnie cisza i kubek po kawie Marka na stole — ten sam od lat. Usiadłam przy oknie i patrzyłam na szare niebo nad Warszawą.

Czy naprawdę można zacząć od nowa po tylu latach? Czy mam prawo być szczęśliwa kosztem innych? A może czasem trzeba wybrać siebie?

Nie wiem jeszcze, co zrobię jutro. Ale pierwszy raz od dawna czuję, że żyję.