Czterdzieści lat samotności: Jak burzliwa noc zmieniła moje życie na zawsze
— Nie otwieraj, Paweł! — słyszę w głowie głos matki, choć minęło już tyle lat, odkąd odeszła. — Ludzie są niebezpieczni. Zostaw ich za drzwiami.
Ale tej nocy wichura szarpie okiennicami tak mocno, że nawet duchy przeszłości nie są w stanie mnie powstrzymać. Siedzę na wózku przy kuchennym stole, patrzę na drzwi, za którymi ktoś wali pięścią. Serce bije mi jak oszalałe. W końcu podjeżdżam bliżej i pytam:
— Kto tam?
— Przepraszam! Zgubiłam się! Proszę, niech mi pan otworzy! — kobiecy głos, drżący, zdesperowany.
Wahając się, przekręcam klucz. Do środka wpada zimne powietrze i ona — przemoczona, z aparatem przewieszonym przez ramię, z błotem na butach i strachem w oczach. Przez chwilę patrzymy na siebie w milczeniu.
— Dziękuję… — szepcze. — Jestem Marta.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Ostatni raz miałem gościa… chyba jeszcze zanim tata odszedł. Wtedy byłem dzieckiem i wierzyłem, że świat jest prosty. Teraz wiem, że nie jest.
Marta rozgląda się po mojej kuchni. Widzi stertę książek na parapecie, stare zdjęcia rodziców na ścianie i mnie — czterdziestoletniego faceta na wózku inwalidzkim, z twarzą pooraną przez czas i samotność.
— Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać… — zaczyna niepewnie.
— Nie przeszkadza pani — odpowiadam szybciej, niż zamierzałem. — Proszę usiąść. Herbata?
Kiedy Marta ogrzewa dłonie przy kubku, opowiada mi o sobie. Jest fotografką z Krakowa, przyjechała w góry szukać inspiracji. Zgubiła szlak, burza ją zaskoczyła. Słucham jej głosu i czuję coś dziwnego — jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju mojego życia.
— A pan? — pyta nagle. — Mieszka pan tu sam?
Zaciskam dłonie na kółkach wózka.
— Tak. Od zawsze.
Nie pytaj więcej, błagam w myślach. Ale ona patrzy na mnie z takim ciepłem, że zaczynam mówić. O tym, jak miałem siedem lat i spadłem z drzewa. O tym, jak matka nigdy nie wybaczyła sobie tej chwili nieuwagi. Jak ojciec coraz rzadziej wracał do domu, aż pewnego dnia zniknął na zawsze. O tym, jak sąsiedzi szeptali za plecami: „Biedny Pawełek. Kto go kiedyś pokocha?”
Marta słucha uważnie. Nie współczuje mi — po prostu jest obecna. To nowe uczucie.
Noc mija powoli. Marta zostaje do rana, bo burza nie ustaje. Rozmawiamy o wszystkim: o jej podróżach, o moich książkach, o tym, jak bardzo boję się ludzi i ich litości. Śmiejemy się nawet z mojej nieudolnej próby ugotowania jajecznicy.
Kiedy świt rozjaśnia góry, Marta robi mi zdjęcie przy oknie.
— Chcę zapamiętać ten moment — mówi cicho.
Nie wiem jeszcze wtedy, że to początek czegoś nowego.
Marta wraca kilka dni później. Przynosi ciasto drożdżowe i album ze swoimi fotografiami. Pokazuje mi świat widziany przez obiektyw: dzieci bawiące się na rynku w Nowym Sączu, staruszkę sprzedającą kwiaty pod kościołem w Grybowie, psa śpiącego na ławce w Muszynie.
— Każdy ma swoją historię — mówi. — Nawet jeśli wydaje się niewidzialny.
Zaczynam czekać na jej wizyty jak dziecko na pierwszy śnieg. Z Martą rozmawiam o rzeczach, których nigdy nikomu nie mówiłem: o strachu przed przyszłością, o żalu do rodziców, o tym, że czasem mam ochotę po prostu zniknąć.
Pewnego dnia Marta pyta:
— Paweł… dlaczego nigdy nie próbowałeś wyjechać? Poznać kogoś?
Śmieję się gorzko.
— Bo kto by chciał być z kimś takim jak ja? Nawet własna matka nie potrafiła mnie pokochać takiego…
Marta milknie na chwilę.
— Może to ty sam siebie nie potrafisz pokochać?
Te słowa bolą bardziej niż cokolwiek innego. Przez kilka dni nie odbieram od niej telefonu. Zamykam się w sobie jak dawniej. Ale tęsknota jest silniejsza niż lęk.
W końcu dzwonię do Marty.
— Przepraszam… Bałem się.
— Ja też się boję — odpowiada cicho. — Ale chcę spróbować.
Zaczynamy być razem. Powoli, ostrożnie. Marta zostaje na coraz dłużej; razem gotujemy obiady, czytamy książki przy kominku, oglądamy stare filmy na laptopie. Czasem płaczemy razem nad moją przeszłością albo jej samotnością po rozwodzie.
Najtrudniejsze przychodzi jednak wtedy, gdy Marta proponuje:
— Chodźmy do miasta. Poznaj moich przyjaciół.
Paraliżuje mnie strach przed ludźmi: ich spojrzeniami, szeptami, współczuciem. Ale Marta trzyma mnie za rękę tak mocno, że czuję się bezpieczny jak nigdy wcześniej.
W kawiarni jej znajomi witają mnie serdecznie. Nikt nie patrzy na mój wózek jak na przekleństwo; rozmawiają ze mną normalnie, śmieją się z moich żartów. Po raz pierwszy od czterdziestu lat czuję się częścią świata.
Wieczorem dzwoni moja siostra Ania z Warszawy.
— Paweł? Słyszałam od sąsiadki, że ktoś u ciebie bywa… To prawda?
Czuję w jej głosie nutę zazdrości i niedowierzania.
— Tak, Aniu. Jestem szczęśliwy.
— Po tylu latach? Myślałam… Myślałam, że już nigdy…
Milknie. Ja też milczę. Wiem, że ona zawsze czuła się winna temu, co mnie spotkało — choć była wtedy tylko dzieckiem.
— Może przyjedziesz kiedyś z Martą do nas? — pyta niepewnie.
Obiecuję jej to i czuję, jak coś ciężkiego spada mi z serca.
Z Martą uczymy się siebie nawzajem: ona moich lęków i ograniczeń, ja jej otwartości i odwagi. Kłócimy się czasem o drobiazgi: o to, kto ma wyrzucić śmieci albo czyja herbata jest lepsza. Ale nawet te sprzeczki są dowodem na to, że żyję naprawdę.
Czasem patrzę przez okno na góry i myślę: ile lat zmarnowałem przez strach? Ile razy pozwoliłem przeszłości decydować o moim życiu?
Dziś wiem jedno: każdy zasługuje na miłość — nawet jeśli przez czterdzieści lat był przekonany o czymś zupełnie innym.
Czy naprawdę można nauczyć się kochać od nowa po tylu latach samotności? A może to właśnie samotność uczy nas najwięcej o tym, czym jest prawdziwa bliskość?