„Myślałam, że pomagam córce, ale stałam się tylko jej nianią, kucharką i portfelem” – Wyznanie emerytowanej matki z Warszawy

– Mamo, możesz odebrać Zosię z przedszkola? – głos Dory w słuchawce był jak zawsze szybki, niecierpliwy. – Mam jeszcze spotkanie w pracy, a potem muszę załatwić coś w urzędzie. Obiad jest w lodówce?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, już się rozłączyła. Stałam przez chwilę z telefonem w ręku, patrząc przez okno na szare warszawskie niebo. Zosia pewnie już czekała na mnie w szatni, a ja – jak co dzień – miałam rzucić wszystko i biec na ratunek.

Kiedy Dorka wróciła do mnie po rozwodzie, byłam pewna, że robię to, co każda matka powinna: otwieram dom, serce i portfel. Wtedy wydawało mi się to naturalne. Przecież ona była taka zagubiona, zrozpaczona po rozstaniu z Pawłem. Zosia miała wtedy trzy latka i nie rozumiała jeszcze, dlaczego tata już z nimi nie mieszka.

Pierwsze tygodnie były trudne dla wszystkich. Dorka płakała nocami, ja starałam się być silna. Gotowałam jej ulubione zupy, piekłam ciasta, zabierałam Zosię na spacery, żeby mogła odpocząć. Myślałam: „To tylko chwilowe. Pomogę im stanąć na nogi.”

Minęły dwa lata. Dorka nadal mieszka ze mną. Zosia poszła do przedszkola, a ja… Ja stałam się niewidzialna. Moja córka traktuje mnie jak nianię na pełen etat i kucharkę bez wynagrodzenia. Rano odprowadzam wnuczkę do przedszkola, potem robię zakupy, gotuję obiad dla wszystkich, sprzątam mieszkanie. Po południu odbieram Zosię i zajmuję się nią do wieczora. Dorka wraca późno, zmęczona i rozdrażniona. Często nawet nie pyta, jak minął mi dzień.

Pamiętam jeden wieczór szczególnie wyraźnie. Siedziałyśmy przy stole – ja z herbatą, ona z laptopem. Zosia już spała.

– Dorka… – zaczęłam niepewnie. – Może powinnaś pomyśleć o własnym mieszkaniu? Albo chociaż o opiekunce do Zosi?

Spojrzała na mnie jak na obcą osobę.

– Mamo, przecież wiesz, że mnie na to nie stać! Poza tym Zosia cię kocha. Ty masz czas, jesteś na emeryturze…

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Czy naprawdę bycie na emeryturze oznaczało dla niej bycie służącą? Czy moje życie już się skończyło?

Czasem mam wrażenie, że jestem tylko dodatkiem do ich życia – wygodnym tłem. Kiedy próbuję porozmawiać z córką o swoich uczuciach, ona przewraca oczami:

– Mamo, przesadzasz! Przecież jesteśmy rodziną! Pomagamy sobie!

Ale czy pomaganie nie powinno działać w obie strony? Kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie o moje potrzeby? O to, czy mam ochotę wyjść do teatru albo spotkać się z koleżankami?

Ostatnio nawet moje oszczędności zaczęły topnieć szybciej niż zwykle. Dorka coraz częściej prosi o „pożyczkę” na rachunki albo nowe buty dla Zosi. Wiem, że jej pensja nie jest wysoka, ale przecież ja też nie mam kokosów! Emerytura ledwo starcza na życie.

W zeszłym tygodniu wydarzyło się coś, co przelało czarę goryczy. Był piątek wieczór. Dorka wróciła późno i od progu rzuciła torbę na podłogę.

– Mamo, musisz zostać z Zosią jutro cały dzień. Mam szkolenie służbowe.

– Ale Dorka… Umawiałam się z Haliną do kina…

– No to odwołaj! Przecież wiesz, że nie mam nikogo innego!

Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. W jej oczach widziałam tylko irytację i zmęczenie. W moich – łzy.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam: „Gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę jestem tylko nianią i kucharką? Czy tak wygląda macierzyństwo po sześćdziesiątce?”

Następnego dnia zadzwoniłam do Haliny i przeprosiłam za odwołanie spotkania. Słyszałam w jej głosie rozczarowanie.

– Krysiu… Ty zawsze wszystko robisz dla innych. A kiedy pomyślisz o sobie?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Zosia przyszła do mnie z rysunkiem.

– Babciu, to ty i ja! – powiedziała z dumą.

Patrzyłam na kolorowe kredki i uśmiech mojej wnuczki. Przez chwilę poczułam ciepło w sercu. Ale zaraz potem wrócił smutek: czy to wystarczy? Czy miłość do wnuczki usprawiedliwia wszystko inne?

Wieczorem zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z córką.

– Dorka… Musimy ustalić jakieś zasady. Ja też mam swoje życie. Chcę mieć czas dla siebie.

Westchnęła ciężko.

– Mamo… Nie rozumiesz, jak mi ciężko! Sama sobie nie poradzę!

– Ale ja też nie dam rady tak dłużej…

Rozmowa zakończyła się kłótnią. Dorka trzaskała drzwiami w swoim pokoju, a ja płakałam w kuchni.

Od tamtej pory między nami jest chłód. Robię swoje obowiązki mechanicznie, ale czuję się coraz bardziej samotna we własnym domu.

Czasem zastanawiam się: czy jestem złą matką? Czy powinnam postawić twardsze granice? A może po prostu taka jest rola matek w Polsce – poświęcać się bez końca?

Nie wiem już sama. Może ktoś inny potrafiłby znaleźć złoty środek między miłością a samopoświęceniem? Czy naprawdę musimy wybierać między sobą a rodziną? Co wy byście zrobili na moim miejscu?