Mam 60 lat i znowu kocham: Historia, która podzieliła moją rodzinę
– Mamo, czy ty naprawdę zamierzasz się z nim spotykać? – głos mojej córki, Marty, drżał od niedowierzania i gniewu. Stałyśmy naprzeciwko siebie w mojej kuchni, a za oknem szarzał listopadowy wieczór. Czułam, jak serce wali mi w piersi, a dłonie mam zimne jak lód.
– Marto, ja… ja po prostu chcę być szczęśliwa – wyszeptałam, patrząc jej prosto w oczy.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak bezbronna. Przez czterdzieści lat byłam żoną Andrzeja – dobrego człowieka, choć zamkniętego w sobie. Odszedł nagle, dwa lata temu. Po jego śmierci dom stał się pusty, a ja – przezroczysta. Dni zlewały się w jedno: zakupy, gotowanie, seriale w telewizji, rozmowy z sąsiadkami o pogodzie i chorobach. Myślałam wtedy, że tak już będzie zawsze.
Aż do dnia, kiedy spotkałam Zbyszka. To było na przystanku autobusowym. Padał deszcz, a ja zapomniałam parasola. On podszedł i zaproponował schronienie pod swoim. Uśmiechnął się do mnie tak ciepło, że poczułam się młoda jak wtedy, gdy miałam dwadzieścia lat. Rozmawialiśmy o wszystkim – o książkach, o podróżach, o tym, jak bardzo brakuje nam bliskości drugiego człowieka.
Zbyszek był wdowcem od pięciu lat. Mieszkał kilka ulic dalej, miał dorosłego syna w Warszawie i psa o imieniu Fafik. Zaczął zapraszać mnie na spacery po parku i do kawiarni na rogu. Z każdym spotkaniem czułam się coraz bardziej żywa. Śmiałam się z jego żartów i czułam motyle w brzuchu – pierwszy raz od dekad.
Ale kiedy powiedziałam o nim rodzinie, wszystko się zmieniło.
– Mama oszalała – usłyszałam przez przypadek rozmowę Marty z jej bratem Pawłem. – Zamiast myśleć o wnukach i odpoczynku, ona biega na randki! Co ludzie powiedzą?
Zrobiło mi się przykro. Przecież całe życie byłam dla nich – gotowa na każde wezwanie, zawsze z obiadem na stole i radą na podorędziu. Teraz, gdy chciałam czegoś dla siebie, byłam egoistką.
Najgorszy był pierwszy obiad rodzinny ze Zbyszkiem. Siedzieliśmy przy stole w milczeniu. Paweł patrzył na niego spode łba, a Marta udawała, że go nie widzi.
– Mamo, naprawdę uważasz, że to odpowiedni czas na takie zmiany? – zapytała w końcu Marta z wyrzutem.
– A kiedy będzie odpowiedni czas? – odpowiedział za mnie Zbyszek spokojnie. – Życie jest krótkie.
Wtedy Paweł wybuchł:
– To nie jest twoja rodzina! Nie masz prawa się tu wtrącać!
Zbyszek tylko skinął głową i przeprosił za zamieszanie. Po obiedzie wyszedł szybciej niż zwykle.
Płakałam całą noc. Czułam się rozdarta między dziećmi a własnym szczęściem. Przez kolejne dni unikałam Zbyszka. Nie odbierałam telefonu, nie odpisywałam na wiadomości.
Ale samotność bolała jeszcze bardziej niż gniew dzieci. Pewnego wieczoru zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam – stał tam Zbyszek z bukietem tulipanów.
– Nie mogę cię stracić – powiedział cicho. – Wiem, że boisz się reakcji rodziny. Ale czy naprawdę chcesz przeżyć resztę życia tylko dla innych?
Patrzyłam na niego długo. W końcu przytuliłam go mocno.
Od tamtej pory postanowiłam walczyć o siebie. Zaczęliśmy razem jeździć na wycieczki rowerowe, chodzić do kina i na koncerty w domu kultury. Znów zaczęłam malować – coś, co porzuciłam lata temu.
Dzieci długo nie mogły się pogodzić z moją przemianą. Marta przestała dzwonić codziennie; Paweł rzadziej wpadał na kawę. Bolało mnie to, ale wiedziałam, że muszę być wierna sobie.
Po kilku miesiącach Marta przyszła do mnie sama.
– Mamo… przepraszam – powiedziała ze łzami w oczach. – Bałam się cię stracić. Bałam się, że już nie będziesz taka jak dawniej.
Przytuliłyśmy się mocno.
– Może nie będę taka jak dawniej – odpowiedziałam – ale jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd.
Dziś wiem jedno: nigdy nie jest za późno na miłość ani na to, by zacząć żyć dla siebie. Czasem trzeba zawalczyć o własne szczęście nawet wtedy, gdy inni tego nie rozumieją.
Czy naprawdę musimy rezygnować z siebie tylko dlatego, że dzieci dorosły? Czy szczęście matki to egoizm? Może właśnie teraz nadszedł mój czas?