Dlaczego nie mogę być szczęśliwa w wieku 57 lat? – Walka matki i córki o miłość i zaufanie
– Mamo, czy ty naprawdę myślisz, że to wszystko ma sens? – głos Darii przeszył ciszę jak nóż. Stała w progu mojego mieszkania, z mokrymi od deszczu włosami i oczami pełnymi wyrzutu.
Nie odpowiedziałam od razu. Wpatrywałam się w parującą herbatę, którą przed chwilą zrobiłam dla nas obu. Miałam nadzieję, że ten dzień będzie inny, że może w końcu porozmawiamy jak dawniej, zanim wszystko się popsuło. Ale zamiast tego czułam tylko ciężar w piersi i narastającą gulę w gardle.
– Daria, ja… ja po prostu chcę być szczęśliwa – wyszeptałam, nie patrząc jej w oczy.
– Szczęśliwa? Po tylu latach? – prychnęła. – A co ze mną? Co z tatą? Co z naszym życiem?
To był moment, w którym zrozumiałam, że dla niej moje szczęście to zagrożenie. Że każda moja decyzja jest dla niej jak zdrada. Przez lata byłam tą, która zawsze stawiała rodzinę na pierwszym miejscu. Zrezygnowałam z pracy, kiedy Daria była mała, żeby być przy niej. Potem, gdy mąż – Andrzej – zachorował na serce, opiekowałam się nim dniami i nocami. Po jego śmierci zostałyśmy same. Myślałam, że to nas zbliży, ale stało się odwrotnie.
Daria wyprowadziła się do Warszawy na studia i wracała coraz rzadziej. Nasze rozmowy stawały się coraz krótsze, pełne niezręczności i niedopowiedzeń. Aż pewnego dnia poznałam Marka.
Marek był moim sąsiadem z parteru. Wdowiec, cichy, trochę nieśmiały. Zaczęliśmy rozmawiać na klatce schodowej, potem zaprosił mnie na kawę. Po raz pierwszy od lat poczułam się widziana. Zaczęliśmy spędzać ze sobą coraz więcej czasu – spacery po parku, wspólne gotowanie, wieczory przy winie i starych polskich filmach.
Kiedy powiedziałam o nim Darii, jej reakcja była natychmiastowa i bolesna.
– Mamo, przecież ty nawet nie znasz tego człowieka! – krzyczała przez telefon. – Chcesz zamienić nasze życie na jakieś… romansidło?
Próbowałam tłumaczyć, że Marek jest dobrym człowiekiem, że nie chcę nikogo zastępować ani zapominać o przeszłości. Ale Daria była nieugięta. Przestała odbierać telefony, przestała przyjeżdżać na weekendy. Czułam się jak zdrajczyni własnej córki.
Minęły miesiące. Z Markiem było mi dobrze, ale każda chwila szczęścia była podszyta poczuciem winy. Czułam się rozdarta między własnymi pragnieniami a oczekiwaniami córki. W święta siedziałam sama przy stole i patrzyłam na puste miejsce po Darii.
W końcu postanowiłam napisać do niej list:
„Daria,
Wiem, że jesteś na mnie zła. Wiem też, że trudno ci zaakceptować moje wybory. Ale jestem tylko człowiekiem. Przez całe życie starałam się być dobrą matką i żoną. Teraz chciałabym choć trochę pomyśleć o sobie. Nie proszę cię o akceptację od razu – proszę tylko o rozmowę.”
Odpowiedziała dopiero po tygodniu:
„Mamo,
Nie rozumiem cię. Boję się o ciebie. Boję się, że ktoś cię skrzywdzi albo że zapomnisz o tacie. Ale przyjadę.”
I tak znalazłyśmy się tego deszczowego popołudnia naprzeciwko siebie.
– Mamo – zaczęła cicho Daria – ja po prostu nie chcę cię stracić.
– Ale przecież mnie nie tracisz…
– Tracę! Bo ty już nie jesteś tą samą mamą co kiedyś.
Zacisnęłam dłonie na filiżance.
– Może czasem trzeba się zmienić, żeby przetrwać – powiedziałam drżącym głosem.
Daria spojrzała na mnie długo i uważnie. W jej oczach zobaczyłam łzy.
– A jeśli ja nie umiem zaakceptować tej nowej ciebie?
– To spróbuj chociaż mnie poznać na nowo – poprosiłam.
Przez chwilę milczałyśmy. Słychać było tylko szum deszczu za oknem i tykanie zegara na ścianie.
– Może… mogłabym poznać Marka? – zapytała nagle Daria cicho.
Poczułam ulgę i strach jednocześnie. Bałam się tej konfrontacji, ale wiedziałam, że to jedyna droga do pojednania.
Wieczorem Marek przyszedł na kolację. Był spięty i milczący, a Daria patrzyła na niego z podejrzliwością. Rozmowa szła opornie – o pogodzie, o polityce, o sąsiadach. Ale kiedy Marek opowiedział historię o swoim wnuku i wspólnych wakacjach nad Bałtykiem, Daria uśmiechnęła się pierwszy raz tego dnia.
Po kolacji wyszliśmy razem na balkon zapalić papierosa (tak, wiem – nie powinnam już palić w tym wieku). Daria spojrzała na mnie poważnie:
– Może przesadziłam… Może za bardzo chciałam cię zatrzymać przy sobie.
– Każdy z nas czegoś się boi – odpowiedziałam cicho.
Przytuliła mnie mocno i pierwszy raz od lat poczułam nadzieję.
Ale wiem też, że to dopiero początek drogi. Że jeszcze wiele rozmów przed nami, wiele łez i nieporozumień do przepracowania.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę zasługuję na szczęście po tylu latach poświęceń? Czy można zacząć od nowa mając 57 lat? A może to tylko złudzenie i powinnam pogodzić się z samotnością?
Może wy mi powiecie: czy warto walczyć o siebie nawet wtedy, gdy najbliżsi nie rozumieją naszych wyborów?