Trzech synów wraca do rodzinnej wsi po latach, by odzyskać ojcowiznę wartą miliony. Ale to, co usłyszeli od sołtysa, złamało im serca…
– „Tato, nie możesz tego zrobić! To nasza ziemia! Przecież zawsze mówiłeś, że zostanie w rodzinie!”
Moje słowa odbijały się echem od starych ścian domu, choć wiedziałem, że już za późno. Stałem na podwórku, które pamiętałem z dzieciństwa – zapach mokrej ziemi po deszczu, skrzypienie furtki, głosy sąsiadów niosące się po polach. Ale teraz wszystko było inne. Ojciec siedział na ławce pod jabłonią, patrząc gdzieś w dal. Obok niego krzątał się mały chłopak – Janek z sąsiedztwa, sierota po tragicznie zmarłych rodzicach. To on przynosił ojcu zakupy, palił w piecu i pomagał w ogrodzie przez te wszystkie lata, gdy my – trzej synowie – byliśmy zajęci własnym życiem.
Nie widziałem ojca od trzech lat. Ostatni raz byłem tu na pogrzebie mamy. Potem życie w Warszawie pochłonęło mnie całkowicie: praca w korporacji, kredyt na mieszkanie, dzieci, wieczne korki i spotkania. Z braćmi – Krzyśkiem i Pawłem – rozmawialiśmy rzadko. Każdy miał swoje sprawy. Ojciec dzwonił czasem, pytał jak dzieci, czy przyjedziemy na święta. Zawsze odpowiadałem: „Tato, teraz nie dam rady. Może za rok.”
Aż pewnego dnia zadzwonił Krzysiek:
– „Słyszałeś? Podobno przez wieś ma iść nowa droga ekspresowa. Skupują ziemię za miliony! Nasza działka po dziadkach jest podobno najwięcej warta!”
Nie musiał mnie długo namawiać. W ciągu tygodnia zorganizowaliśmy wyjazd całą rodziną. Każdy z nas przyjechał swoim samochodem – żony, dzieci, walizki. W drodze rozmawialiśmy tylko o jednym: ile dostaniemy za ziemię, jak to podzielić, co kupimy za te pieniądze.
Gdy tylko zajechaliśmy pod wieś, zatrzymał nas sołtys – pan Stanisław. Zawsze był poważny, ale tym razem jego twarz była jak z kamienia.
– „Panowie… Spóźniliście się. Wasz ojciec dwa tygodnie temu przepisał całą ziemię na Janka.”
Zamarliśmy. Żona Krzyśka wybuchła:
– „To niemożliwe! Przecież on jest stary! Kto mu pozwolił?!”
Sołtys tylko wzruszył ramionami:
– „Był notariusz, byli urzędnicy z gminy. Wszystko zgodnie z prawem. Ojciec powiedział jasno: 'Nie wiem nawet, gdzie są moi synowie. Ale ten chłopak codziennie przynosi mi chleb i leki.’”
Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Spojrzałem na braci – ich twarze były blade jak ściana. Paweł zacisnął pięści:
– „To nie fair! Przecież to nasza rodzina!”
Ale czy naprawdę? Przez trzy lata nie było nas tu ani razu. Nie wiedzieliśmy nawet, że ojciec miał problemy z chodzeniem. Że raz przewrócił się na progu i musiał czołgać się do sąsiadów po pomoc.
Weszliśmy do domu bez słowa. Ojciec spojrzał na nas spokojnie:
– „Przyszliście po ziemię czy po mnie?”
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. W głowie miałem tylko obrazy z dzieciństwa: jak sadziłem z ojcem ziemniaki, jak uczył mnie jeździć rowerem po polnej drodze, jak tulił mnie po nocnych koszmarach.
Janek stał cicho w kącie kuchni. Ojciec pogładził go po głowie:
– „To on był przy mnie wtedy, gdy was nie było. To on dbał o mnie bardziej niż własne dzieci.”
Krzyśka poniosło:
– „Ale tato! On nie jest z rodziny! To niesprawiedliwe!”
Ojciec spojrzał mu prosto w oczy:
– „A wy? Gdzie byliście przez te lata? Czy ktoś z was zapytał choć raz, czy mam co jeść? Czy nie boli mnie kręgosłup? Czy nie potrzebuję pomocy?”
Zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie starego zegara na ścianie.
Wyszedłem na podwórko. Przypomniałem sobie wszystkie rozmowy telefoniczne z ojcem – krótkie, zdawkowe, zawsze w biegu. Nigdy nie zapytałem go o zdrowie. Nigdy nie zaproponowałem pomocy.
Wieczorem usiedliśmy razem przy stole – pierwszy raz od lat. Ojciec był spokojny:
– „Nie chcę waszych pieniędzy ani prezentów na święta. Chciałem tylko waszego czasu.”
Paweł miał łzy w oczach:
– „Tato… przepraszam.”
Ojciec pokiwał głową:
– „Wiem synu. Ale czasem przeprosiny przychodzą za późno.”
Janek nalał wszystkim herbaty. Patrzyłem na niego i czułem wdzięczność i zazdrość jednocześnie – to on był dla ojca prawdziwym synem przez te wszystkie lata.
Następnego dnia wracaliśmy do Warszawy w milczeniu. Każdy z nas wiedział, że straciliśmy coś więcej niż pieniądze czy ziemię – straciliśmy szansę być rodziną.
Dziś często wracam myślami do tamtego dnia.
Czy naprawdę tak trudno znaleźć czas dla tych, którzy nas wychowali?
Czy musi się stać coś nieodwracalnego, żebyśmy to zrozumieli?
A Ty… kiedy ostatni raz zadzwoniłeś do swoich rodziców?