Miałam 17 lat, kiedy zostałam mamą. Dziś pytam: czy mogłam zrobić coś inaczej?
– Co teraz zrobimy? – Bartek patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby miał nadzieję, że zaraz się obudzimy i wszystko okaże się tylko koszmarem.
Siedzieliśmy na ławce pod blokiem na warszawskim Bródnie. W dłoni ściskałam test ciążowy, który jeszcze godzinę temu leżał ukryty w mojej torebce. Dwie wyraźne kreski. Miałam 17 lat, on 18. W głowie szumiało mi od strachu i wstydu.
– Nie wiem – wyszeptałam. – Naprawdę nie wiem.
Bartek spuścił głowę. Przez chwilę milczeliśmy, słuchając odgłosów miasta. Gdzieś w oddali ktoś krzyczał, przejeżdżał tramwaj. A ja czułam, jakby świat się zatrzymał.
W domu czekała na mnie mama. Zawsze powtarzała, że mam być odpowiedzialna, że nie wolno mi zmarnować życia. Ojciec odszedł, gdy miałam dziesięć lat – od tamtej pory mama była wszystkim: rodzicem, przyjaciółką, policjantem i sędzią.
Kiedy powiedziałam jej o ciąży, najpierw zbladła, potem zaczęła krzyczeć. – Jak mogłaś być taka głupia?! – wrzeszczała. – Myślałam, że jesteś mądrzejsza!
Płakałam całą noc. Bartek nie odbierał telefonu. Następnego dnia przyszedł do mnie z kwiatami i czekoladą. – Damy radę – powiedział cicho. – Może nie od razu, ale damy radę.
Nie wierzyłam mu. Ale nie miałam nikogo innego.
W szkole zaczęły się szepty. Koleżanki unikały mnie na przerwach, nauczyciele patrzyli z politowaniem. Dyrektorka zaprosiła mnie na rozmowę:
– Martyna, musisz wiedzieć, że to będzie trudne. Ale jeśli będziesz chciała wrócić po porodzie, drzwi są otwarte.
Bartek rzucił technikum i poszedł do pracy w magazynie. Jego rodzice byli wściekli – nie chcieli słyszeć o ślubie ani o dziecku. – Zmarnujesz sobie życie przez jakąś pannę z bloku! – krzyczała jego matka.
Przez kilka miesięcy żyliśmy jak w zawieszeniu. Mama przestała ze mną rozmawiać poza najpotrzebniejszymi sprawami. Bartek coraz częściej wracał późno do domu i był rozdrażniony.
W końcu urodziła się Zosia. Mała była śliczna – miała czarne włoski po Bartku i moje niebieskie oczy. Przez chwilę wydawało się, że wszystko się ułoży: Bartek był dumny, mama zaczęła pomagać przy dziecku.
Ale rzeczywistość szybko nas dogoniła. Brakowało pieniędzy na wszystko: pieluchy, mleko, ubranka. Bartek pracował po dwanaście godzin dziennie, a ja siedziałam z Zosią w domu i czułam się coraz bardziej samotna.
Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi rozmowę mamy z jej siostrą:
– Martyna jest jeszcze dzieckiem – mówiła mama cicho. – Nie powinna była tego przechodzić.
Zacisnęłam pięści. Chciałam krzyczeć, że jestem dorosła, że dam radę. Ale sama w to nie wierzyłam.
Bartek zaczął coraz częściej wychodzić z kolegami. Wracał późno, czasem czułam od niego alkohol. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać, zbywał mnie:
– Mam dość tego wszystkiego! Myślisz, że mi jest łatwo?
Któregoś dnia nie wrócił na noc. Zadzwonił rano:
– Muszę odpocząć. Zostanę u kumpla.
Poczułam się tak strasznie samotna jak nigdy dotąd.
Zosia płakała całe noce, a ja płakałam razem z nią. Mama pomagała mi jak mogła, ale widziałam w jej oczach zmęczenie i rozczarowanie.
Po kilku miesiącach Bartek wrócił do domu tylko po to, żeby zabrać swoje rzeczy.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Nie umiem tak żyć.
Nie zatrzymywałam go. Byłam zbyt zmęczona walką o coś, co już dawno się skończyło.
Zostałam sama z dzieckiem i poczuciem porażki. Musiałam przerwać szkołę na rok, potem wróciłam do liceum zaocznie. Mama pomagała mi przy Zosi, ale nasza relacja już nigdy nie była taka sama.
Czasem patrzę na inne dziewczyny w moim wieku – chodzą na imprezy, planują studia, mają czas na marzenia. Ja liczę każdą złotówkę i martwię się o przyszłość mojej córki.
Bartek pojawia się raz na kilka miesięcy – przynosi Zosi zabawkę albo czekoladę i znika na kolejne tygodnie. Nie mam do niego żalu – wiem, że sam jest jeszcze dzieckiem.
Najtrudniejsze są wieczory. Kiedy Zosia zasypia, a ja zostaję sama ze swoimi myślami.
Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy gdybym była starsza albo mądrzejsza, wszystko potoczyłoby się inaczej? A może po prostu niektóre historie muszą skończyć się złamanym sercem?
Czasem myślę: ile młodych dziewczyn przechodzi przez to samo co ja? Czy naprawdę jesteśmy skazane na samotność i poczucie winy? Co wy byście zrobili na moim miejscu?