„Kiedy dom przestaje być schronieniem” – Historia Magdy, matki walczącej o siebie
– Magda, ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zostawiała tych naczyń w zlewie?! – głos Pawła odbija się echem w ciasnej kuchni. Słyszę, jak dzieci w pokoju obok nagle milką, a ja czuję, jak serce podchodzi mi do gardła. Zaciskam dłonie na ścierce, próbując powstrzymać łzy.
Nie wiem, kiedy nasz dom przestał być miejscem, gdzie czuję się bezpieczna. Może wtedy, gdy Paweł zaczął wracać coraz później z pracy i coraz częściej narzekać na wszystko – na mnie, na dzieci, na rachunki. Może wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszałam od własnej matki: „Sama tego chciałaś, nikt cię nie zmuszał do ślubu”.
Mam trzydzieści dwa lata i dwójkę dzieci – Zosię i Antka. Mieszkamy w bloku na osiedlu Zielone Wzgórza pod Poznaniem. Kiedyś wydawało mi się, że to będzie nasz azyl – miejsce, gdzie będziemy razem śmiać się, płakać i wspierać. Teraz coraz częściej czuję się tu jak intruz.
– Mamo, czy tata znowu się złości? – Zosia stoi w drzwiach kuchni, jej wielkie oczy pełne niepokoju. Przykucam przy niej i przytulam ją mocno.
– Nie martw się, kochanie. Wszystko będzie dobrze – kłamię, bo sama w to nie wierzę.
Wieczorem siedzę na balkonie z kubkiem zimnej herbaty. Słyszę przez uchylone okno, jak Paweł rozmawia przez telefon z matką:
– Ona nic nie rozumie. Ciągle tylko narzeka i nic nie robi. Ja haruję całymi dniami, a ona nawet obiadu nie potrafi porządnie ugotować…
Czuję, jak coś we mnie pęka. Przecież robię wszystko, co mogę. Pracuję na pół etatu w sklepie spożywczym, żeby mieć czas dla dzieci. Sprzątam, gotuję, odrabiam z nimi lekcje. Ale dla Pawła to zawsze za mało.
Pamiętam początki naszego małżeństwa. Byliśmy młodzi, zakochani, pełni marzeń. Paweł był wtedy inny – czuły, troskliwy. Potrafił przyjść z pracy z bukietem tulipanów i powiedzieć: „Dziękuję, że jesteś”. Teraz najczęściej słyszę: „Po co ci te studia były? I tak siedzisz w domu”.
Moja mama nigdy nie była dla mnie wsparciem. Kiedy dzwonię do niej po kolejnej kłótni z Pawłem, słyszę tylko:
– Magda, życie to nie bajka. Każda kobieta musi coś wytrzymać. Twój ojciec też nie był łatwy.
A ja nie chcę tylko „wytrzymywać”. Chcę żyć naprawdę.
Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że wyobrażam sobie ucieczkę. Pakuję dzieci do samochodu i jadę przed siebie – gdziekolwiek, byle dalej od tego wszystkiego. Ale potem patrzę na Zosię i Antka i wiem, że nie mogę im tego zrobić.
Któregoś dnia Paweł wraca do domu wcześniej niż zwykle. Jest spięty, rzuca torbę na podłogę.
– Zwolnili mnie – mówi bez emocji.
Cisza jest gęsta jak mgła. Wiem, że teraz będzie jeszcze gorzej.
Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu staje się nie do zniesienia. Paweł całymi dniami siedzi przed telewizorem albo wychodzi „załatwiać sprawy”. Coraz częściej wraca podpity. Dzieci boją się go pytać o cokolwiek.
Pewnego wieczoru słyszę płacz Zosi w łazience. Wchodzę do środka – siedzi skulona na podłodze.
– Mamo, dlaczego tata już nas nie kocha?
Nie wiem, co odpowiedzieć. Przecież sama codziennie zadaję sobie to pytanie.
W pracy szefowa patrzy na mnie z politowaniem:
– Magda, musisz się ogarnąć. Klienci narzekają, że jesteś rozkojarzona.
Jak mam się ogarnąć? Jak mam być silna dla wszystkich, skoro sama ledwo stoję na nogach?
Któregoś dnia spotykam na klatce sąsiadkę, panią Halinę.
– Dziecko, ty taka blada chodzisz… Wszystko w porządku?
Chcę powiedzieć „tak”, ale łzy same napływają mi do oczu.
– Wie pani… czasem mam wrażenie, że już nie dam rady.
Pani Halina przytula mnie mocno.
– Nie jesteś sama. Jeśli będziesz czegoś potrzebować – zapukaj do mnie.
To pierwszy raz od dawna ktoś okazuje mi prawdziwą troskę.
Wkrótce Paweł zaczyna coraz częściej wybuchać złością. Pewnego wieczoru rzuca talerzem o ścianę – kawałki porcelany rozpryskują się po całej kuchni. Dzieci płaczą w swoich pokojach.
Następnego dnia postanawiam zadzwonić do Ośrodka Interwencji Kryzysowej. Rozmowa jest trudna – czuję wstyd i lęk przed tym, co powiedzą inni. Ale kobieta po drugiej stronie słuchawki mówi spokojnie:
– Ma pani prawo czuć się bezpiecznie we własnym domu. Proszę przyjść na spotkanie.
Zbieram się na odwagę i idę tam tydzień później. Rozmawiam z psychologiem – pierwszy raz od lat ktoś naprawdę mnie słucha.
Zaczynam powoli odzyskiwać siły. Zapisuję się na terapię indywidualną i grupową dla kobiet w podobnej sytuacji. Poznaję inne matki – każda z nas ma swoją historię bólu i walki o lepsze jutro.
Paweł dowiaduje się o moich spotkaniach i wpada w furię:
– Chcesz mnie zrobić wariatem?! Co ty ludziom opowiadasz?!
Nie odpowiadam. Po raz pierwszy czuję w sobie spokój – wiem, że robię to dla siebie i dzieci.
Zaczynam szukać pracy na pełen etat. Znajduję ogłoszenie o posadzie asystentki biurowej w pobliskiej firmie logistycznej. Idę na rozmowę kwalifikacyjną – trzęsą mi się ręce ze stresu.
– Pani Magdo, widzimy w pani potencjał – mówi kierowniczka działu kadr z uśmiechem.
Dostaję pracę! Po raz pierwszy od dawna czuję dumę z siebie.
Z czasem zaczynam stawiać granice Pawłowi. Mówię mu jasno: jeśli jeszcze raz podniesie głos albo rękę – wyprowadzam się z dziećmi.
On śmieje się szyderczo:
– I co? Gdzie pójdziesz? Do mamusi?
Ale ja już wiem: mam wsparcie psychologa, sąsiadki i nowych koleżanek z pracy. Mam siłę.
Któregoś dnia pakuję walizki i razem z dziećmi przenosimy się do mieszkania pani Haliny – tymczasowo, dopóki nie znajdę czegoś własnego.
Mama dzwoni i mówi:
– Zawiodłaś mnie… Rozbijasz rodzinę przez swoje fanaberie!
Odkładam słuchawkę bez słowa. Po raz pierwszy nie czuję wyrzutów sumienia.
Dziś siedzę przy oknie nowego mieszkania i patrzę na bawiące się dzieci. Wiem, że droga przede mną będzie trudna – samotne macierzyństwo to nie bajka. Ale po raz pierwszy od lat czuję nadzieję.
Czy dom zawsze musi być schronieniem? A może czasem trzeba go opuścić, żeby naprawdę zacząć żyć? Co wy o tym myślicie?