Jeden weekend z teściami: Czy jestem tylko służącą we własnym domu?
— Magda, a gdzie są te ręczniki dla gości? — głos teściowej rozbrzmiewał w kuchni niczym dzwon alarmowy. Stałam przy zlewie, z rękami mokrymi od piany, próbując jednocześnie ogarnąć naczynia po śniadaniu i posłuchać, czy dzieci nie rozniosły już salonu.
— Zaraz przyniosę, mamo — odpowiedziałam cicho, czując jak w gardle rośnie mi gula. Piotr siedział przy stole, przeglądając wiadomości na telefonie. Nawet nie podniósł wzroku.
Właśnie tak wyglądają u nas weekendy. Każdy piątek wieczorem teściowie przyjeżdżają z Torunia do naszego mieszkania w Warszawie. Niby tylko na dwa dni, ale dla mnie to wieczność. Od momentu, gdy przekraczają próg, czuję się jak niewidzialna służąca. Wszystko musi być idealne: pościel wykrochmalona, obiad dwudaniowy, dzieci czyste i grzeczne. A ja? Ja znikam.
Pamiętam pierwszy taki weekend po ślubie. Byłam pełna energii i nadziei, że będziemy jedną wielką rodziną. Teściowa, pani Halina, od razu przejęła dowodzenie: „Magda, a może byś tak zrobiła kompot do obiadu? Magda, a gdzie są serwetki? Magda, a dlaczego dzieci jeszcze nie w piżamach?” Z początku się śmiałam. Teraz już nie potrafię.
— Piotrze, możesz mi pomóc z tymi ręcznikami? — zapytałam cicho.
— Zaraz, kochanie, tylko skończę artykuł — mruknął nawet nie patrząc na mnie.
Teściowa spojrzała na mnie z wyższością. — Wiesz, za moich czasów kobieta wiedziała, co do niej należy. Twój ojciec nigdy nie musiał się niczym przejmować.
Zacisnęłam zęby. Ile razy już to słyszałam? Ile razy miałam ochotę krzyknąć: „A może by tak ktoś pomógł mi choć raz?” Ale nie krzyczałam. Odkładałam to na później, na lepszy moment.
Dzieci wbiegły do kuchni. — Mamo, możemy iść na plac zabaw?
— Teraz nie mogę, kochanie — odpowiedziałam automatycznie. — Może tata pójdzie?
Piotr nawet nie oderwał się od telefonu.
— Dajcie mamie spokój — rzuciła teściowa. — Ona ma tyle na głowie.
Ale nikt nie zaproponował pomocy. Nikt nie zapytał, jak się czuję.
Wieczorem siedziałam w łazience na zamkniętym sedesie i płakałam cicho do ręcznika. Czułam się jak cień samej siebie. Kiedyś miałam marzenia: chciałam wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim, zapisać się na kurs fotografii. Teraz moim światem były zakupy w Biedronce i wieczne sprzątanie po wszystkich.
W niedzielę rano teściowa znów zaczęła swoje uwagi:
— Magda, kawa za słaba. Magda, dzieci powinny mieć cieplejsze swetry. Magda, a może byś tak upiekła szarlotkę?
Piotr milczał. Czasem miałam wrażenie, że on też jest gościem w tym domu — tylko ja jestem tu na stałe.
Po południu usiedliśmy wszyscy przy stole. Teść opowiadał o polityce, Piotr śmiał się z jego żartów, dzieci bawiły się pod stołem. Ja patrzyłam na swoje dłonie: popękana skóra od detergentów, paznokcie obgryzione ze stresu.
Nagle poczułam napływ złości. Wstałam gwałtownie.
— Przepraszam — powiedziałam drżącym głosem — muszę wyjść na chwilę.
Wyszłam z mieszkania i poszłam przed siebie. Zimny wiatr smagał mi twarz, łzy płynęły ciurkiem. Przypomniałam sobie rozmowę z mamą sprzed lat:
— Magda, pamiętaj: jeśli nie zawalczysz o siebie teraz, nikt tego za ciebie nie zrobi.
Wróciłam do domu godzinę później. Wszyscy siedzieli w ciszy. Teściowa spojrzała na mnie z dezaprobatą:
— Gdzie byłaś? Dzieci pytały o ciebie.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
— Byłam zaczerpnąć powietrza. Potrzebowałam chwili dla siebie.
Piotr podszedł do mnie niepewnie:
— Wszystko w porządku?
Chciałam powiedzieć: „Nie! Nic nie jest w porządku!” Ale tylko skinęłam głową.
Wieczorem leżałam obok niego w łóżku i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Czy naprawdę jestem tylko służącą we własnym domu? Czy znajdę w sobie odwagę, by powiedzieć „dość”? A może już zawsze będę niewidzialna dla tych, których kocham najbardziej?