Puste Gniazdo, Niespełnione Nadzieje: Samotność Matki w Polskim Domu
— Znowu nie odbiera — szepczę do siebie, patrząc na migający ekran telefonu. W kuchni unosi się zapach świeżo zaparzonej kawy, ale nie mam z kim jej wypić. Siedzę przy stole, opierając łokcie o blat, i wsłuchuję się w ciszę, która od kilku lat stała się moim najwierniejszym towarzyszem. Kiedyś ten dom tętnił życiem. Słychać było śmiech mojej córki Oli i syna Michała, a nawet kłótnie o to, kto pierwszy wejdzie do łazienki przed szkołą. Teraz słyszę tylko tykanie zegara i odgłos własnego oddechu.
Ola mieszka w Gdańsku, pracuje w agencji reklamowej. Michał wyjechał do Londynu, gdzie podobno świetnie sobie radzi jako informatyk. Oboje mają własne życie, własne sprawy. Czasem dzwonią, ale coraz rzadziej. Zawsze tłumaczą się brakiem czasu. „Mamo, mam spotkanie”, „Mamo, potem oddzwonię”, „Mamo, wszystko dobrze”. Ale czy naprawdę wszystko jest dobrze?
Pamiętam dzień, kiedy Ola wyprowadzała się z domu. Stałam w drzwiach jej pokoju i patrzyłam, jak pakuje swoje rzeczy do walizki. — Mamo, nie płacz — powiedziała wtedy cicho. — Przecież będziemy się widywać. — Uśmiechnęła się niepewnie, a ja udawałam, że wierzę w te słowa. Michał wyjechał kilka miesięcy później. Nie było już wtedy łez, tylko pustka.
Od tamtej pory każdy dzień wygląda podobnie. Wstaję rano, robię sobie kawę i próbuję znaleźć sens w codziennych obowiązkach. Prasuję koszule Michała, choć już dawno ich nie nosi. Wietrzę pokój Oli, układam jej książki na półce. Czasem mam wrażenie, że jeśli wszystko będzie na swoim miejscu, dzieci wrócą szybciej.
Mój sąsiad pan Janek czasem wpada na herbatę albo pomaga mi z zakupami. — Pani Mariolu, niech pani nie siedzi tak sama — mówi z troską w głosie. — Może pójdziemy na spacer? — Uśmiecham się grzecznie i dziękuję, ale rzadko korzystam z jego propozycji. Boję się wyjść z domu, jakby mogło mnie ominąć coś ważnego — może telefon od Oli albo wiadomość od Michała.
Wczoraj wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym, jak bardzo wszystko się zmieniło. Kiedyś byłam dla nich całym światem. Teraz jestem tylko głosem w słuchawce albo wiadomością na Messengerze. Czy to normalne? Czy każda matka musi przez to przechodzić?
— Mamo, nie przesadzaj — powiedziała Ola podczas naszej ostatniej rozmowy przez Skype’a. — Przecież masz swoje życie. Możesz zapisać się na jogę albo kurs gotowania! — Uśmiechnęła się szeroko, ale w jej oczach widziałam cień zmęczenia. Chciałam jej powiedzieć, że moje życie to oni. Że bez nich wszystko traci sens. Ale nie chciałam jej obciążać swoimi uczuciami.
Czasem próbuję rozmawiać z Michałem o jego planach na przyszłość. — Synku, może wrócisz do Polski? Tutaj też są dobre firmy informatyczne… — On tylko wzdycha i mówi: — Mamo, tam jest moje życie teraz. Musisz to zaakceptować.
Czy muszę? Czy naprawdę muszę pogodzić się z tym, że już nigdy nie będziemy rodziną taką jak dawniej?
W zeszłym tygodniu była u mnie siostra, Basia. Siedziałyśmy przy stole i piłyśmy herbatę z malinami.
— Mariolu, musisz zacząć żyć dla siebie — powiedziała stanowczo. — Dzieci są dorosłe, mają swoje sprawy. Ty też masz prawo być szczęśliwa.
— Ale ja nie umiem być szczęśliwa bez nich — odpowiedziałam cicho.
Basia spojrzała na mnie ze współczuciem i ścisnęła moją dłoń.
Wieczorami przeglądam stare albumy ze zdjęciami. Na jednym Ola ma pięć lat i trzyma mnie za rękę na plaży w Jastarni. Na innym Michał śmieje się do obiektywu podczas rodzinnego obiadu u babci. Te zdjęcia są jak okruchy dawnych dni — piękne i bolesne jednocześnie.
Czasem mam wrażenie, że jestem niewidzialna dla świata. W sklepie ekspedientka pyta mnie automatycznie: „Czy coś jeszcze podać?” Na poczcie pani nawet nie patrzy mi w oczy. Może to ja stałam się przezroczysta? Może samotność jest jak mgła — powoli otula człowieka i odbiera mu głos?
Dziś rano zadzwonił pan Janek.
— Pani Mariolu, może pójdziemy razem na cmentarz? Zapalę znicz mojej żonie, a pani swojemu mężowi.
Zgodziłam się bez namysłu. Może dlatego, że chciałam poczuć czyjąś obecność choć przez chwilę.
Na cmentarzu rozmawialiśmy o dawnych czasach.
— Wie pani, ja też tęsknię za synem — powiedział pan Janek cicho. — Wyjechał do Niemiec i rzadko dzwoni…
Poczułam ukłucie współczucia i ulgi jednocześnie. Nie jestem sama w tej tęsknocie.
Wieczorem napisałam do Oli wiadomość: „Córeczko, tęsknię za Tobą. Może przyjedziesz na weekend?”
Odpisała po kilku godzinach: „Mamo, mam dużo pracy… Ale może za miesiąc?”
Za miesiąc…
Czas płynie powoli. Każdy dzień jest taki sam: kawa o siódmej rano, spacer po ogrodzie, rozmowa z panem Jankiem przez płot.
Ale wciąż mam nadzieję.
Nadzieję, że kiedyś Ola i Michał wrócą choć na chwilę. Że znów usiądziemy razem przy stole i będziemy śmiać się z byle czego.
Może to naiwność? Może powinnam nauczyć się żyć dla siebie?
Patrzę przez okno na pustą ulicę i pytam siebie: czy każda matka musi nauczyć się samotności? Czy można jeszcze odnaleźć szczęście pośród ciszy?
Może Wy wiecie…