Milczenie mojego syna: matka wobec zamkniętych drzwi

— Michał, proszę, otwórz te drzwi! — mój głos drżał, a dłonie ściskały klamkę tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Stałam na klatce schodowej w bloku na warszawskim Ursynowie, czując, jak serce wali mi w piersi. Za drzwiami panowała cisza. Tylko echo moich słów odbijało się od ścian.

Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że znajdę się w takiej sytuacji. Michał był moim jedynym dzieckiem, oczkiem w głowie. Wychowywałam go sama, odkąd jego ojciec, Andrzej, odszedł do innej kobiety. Pracowałam na dwa etaty — rano w szkole jako nauczycielka polskiego, wieczorami dorabiałam korepetycjami. Wszystko po to, by Michałowi niczego nie brakowało.

Pamiętam, jak miał sześć lat i wracał ze szkoły z rozbitym kolanem. Przytulałam go wtedy mocno, obiecując, że zawsze będę przy nim. „Mamo, nigdy mnie nie zostawisz?” — pytał z ufnością. „Nigdy, synku” — odpowiadałam bez wahania.

Czas płynął. Michał dorastał, a ja starałam się być dla niego matką i ojcem. Byłam dumna, gdy dostał się na informatykę na Politechnice Warszawskiej. Pomagałam mu finansowo, gotowałam obiady na zapas, prałam jego ubrania. Nawet gdy miał już dwadzieścia pięć lat i wynajął własne mieszkanie, regularnie przychodziłam z siatkami jedzenia.

Zawsze myślałam, że robię dobrze. Że tak właśnie wygląda miłość matki — bezwarunkowa troska i poświęcenie. Ale coś zaczęło się psuć. Najpierw Michał coraz rzadziej odbierał telefony. Potem przestał zapraszać mnie do siebie. „Mamo, mam dużo pracy” — mówił krótko przez słuchawkę.

Pewnego dnia przyszłam bez zapowiedzi. Zastałam go w towarzystwie dziewczyny — Magdy. Była wyraźnie niezadowolona z mojej wizyty. Michał patrzył na mnie z wyrzutem.

— Mamo, nie możesz tak po prostu wpadać bez uprzedzenia! — powiedział ostro.

Zamurowało mnie. Przecież zawsze mogłam przyjść do niego, kiedy chciałam. Przecież to mój syn!

Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Michał coraz bardziej się ode mnie oddalał. Przestał odpowiadać na wiadomości. W święta zadzwonił tylko na chwilę, życząc mi wszystkiego najlepszego i tłumacząc się brakiem czasu.

Próbowałam rozmawiać z Magdą. Zadzwoniłam do niej pewnego wieczoru.

— Magdo, czy Michał jest zdrowy? Martwię się o niego…

— Pani Anno, Michał jest dorosły. Proszę mu dać trochę przestrzeni — odpowiedziała chłodno.

Przestrzeni? Przecież ja tylko chciałam wiedzieć, czy wszystko u niego w porządku! Czy to tak wiele?

Zaczęłam mieć koszmary. Śniło mi się, że Michał wyjeżdża za granicę i już nigdy nie wraca. Budziłam się zlana potem i płakałam w poduszkę.

Moja siostra Basia próbowała mnie pocieszać:

— Anka, musisz dać mu odetchnąć. On cię kocha, ale musi żyć własnym życiem.

Nie rozumiałam tego. Jak można kochać i jednocześnie odsuwać się od matki?

Któregoś dnia zebrałam się na odwagę i napisałam do Michała długi list. Opisałam w nim wszystko: jak bardzo go kocham, jak bardzo mi go brakuje, jak bardzo boli mnie jego milczenie.

Nie odpowiedział.

W Wigilię czekałam na niego z barszczem i uszkami. Stół był nakryty dla dwóch osób — tak jak zawsze przez ostatnie lata. Ale Michał nie przyszedł. Zadzwonił dopiero późnym wieczorem.

— Mamo… Przepraszam, ale spędzam święta z Magdą i jej rodziną.

— Synku… — głos mi się załamał — Czy zrobiłam coś nie tak?

— Mamo… Po prostu… Potrzebuję trochę przestrzeni. Kocham cię, ale muszę żyć po swojemu.

Po tej rozmowie długo siedziałam przy stole, patrząc na puste krzesło naprzeciwko siebie. W głowie kłębiły mi się myśli: Gdzie popełniłam błąd? Czy byłam zbyt opiekuńcza? Czy powinnam była wcześniej pozwolić mu dorosnąć?

Zaczęłam chodzić do psychologa. Pani Marta powiedziała mi coś ważnego:

— Pani Anno, czasem największym dowodem miłości jest pozwolenie komuś odejść i żyć własnym życiem.

Ale jak mam pozwolić odejść własnemu dziecku? Jak pogodzić się z tym, że już nie jestem najważniejszą osobą w jego życiu?

Czasem spotykam sąsiadki na klatce schodowej.

— A co u twojego Michała? — pytają z ciekawością.

— Dobrze… — odpowiadam wymijająco i szybko zmieniam temat.

Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Wspominam czasy, gdy Michał był mały i tulił się do mnie przed snem. Teraz zostało mi tylko echo jego dziecięcego głosu i nadzieja, że kiedyś znów usłyszę szczere: „Mamo, tęskniłem za tobą”.

Czy można nauczyć się żyć z pustką po kimś, kto jeszcze żyje? Czy matczyna miłość naprawdę potrafi przetrwać wszystko? A może czasem trzeba nauczyć się kochać… z daleka?