W cieniu przerwy na lunch: Zdrada wśród kolegów
– Naprawdę, Tomek? Znowu zapomniałeś portfela? – zapytałem, starając się ukryć irytację, choć czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach.
Amar spojrzał na mnie z tym swoim rozbrajającym uśmiechem, który zwykle rozładowywał każdą napiętą sytuację. – No co ty, Bartek, przecież oddam ci jutro. Wiesz, że zawsze oddaję.
Ale ja już wiedziałem, że to nieprawda. To był trzeci raz w tym miesiącu. Trzeci raz, kiedy płaciłem za jego lunch w naszej fabrycznej stołówce na Grochowie. Trzeci raz, kiedy czułem się jak frajer.
Wziąłem głęboki oddech i podałem kasjerce kartę. Amar już stał z boku, przeglądając telefon. Zastanawiałem się, czy w ogóle zamierza jeszcze o tym wspomnieć. Przez chwilę miałem ochotę rzucić mu w twarz: „Nie jestem twoim bankomatem!” Ale połknąłem słowa i ruszyłem za nim do stolika.
– Dzięki, Bartek. Jesteś złoty – rzucił przez ramię.
Usiadłem naprzeciwko niego i przez chwilę żuliśmy jedzenie w milczeniu. W głowie miałem gonitwę myśli: Może przesadzam? Może rzeczywiście zapomniał portfela? Ale potem przypomniałem sobie rozmowę z Magdą z działu kontroli jakości.
– Uważaj na Amara – ostrzegła mnie kiedyś podczas papierosowej przerwy. – On zawsze coś kombinuje. Raz pożyczył ode mnie pieniądze na bilet miesięczny i do dziś nie oddał.
Wtedy tylko się zaśmiałem. Amar był przecież duszą towarzystwa, zawsze pierwszy do żartów, do pomocy przy maszynie. Ale teraz… Teraz czułem się oszukany. I nie chodziło o te kilkanaście złotych za schabowego z ziemniakami. Chodziło o coś więcej – o poczucie bycia wykorzystywanym.
– Amar, słuchaj… – zacząłem niepewnie. – Może byś mi oddał za te obiady?
Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby nie rozumiał, o co mi chodzi.
– No jasne! Kurczę, zupełnie zapomniałem! – zaczął grzebać po kieszeniach kurtki. – Ale serio dziś nie mam przy sobie gotówki. Jutro ci przyniosę, przysięgam.
Pokiwałem głową i już nic nie powiedziałem. Ale w środku gotowało się we mnie od gniewu i rozczarowania. Po powrocie na halę produkcyjną nie mogłem się skupić na pracy. Maszyna szwankowała, a ja zamiast myśleć o naprawie, roztrząsałem w głowie całą sytuację.
Po pracy podszedłem do Magdy.
– Miałaś rację co do Amara – powiedziałem cicho.
Spojrzała na mnie współczująco.
– Wiem. Ja też długo nie chciałam wierzyć. Ale on taki jest. Potrafi być miły, ale jak tylko poczuje okazję…
Zacisnąłem pięści w kieszeniach kurtki. Nie chciałem być naiwniakiem. Ale czy to znaczyło, że muszę przestać ufać wszystkim?
W domu długo nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, a w głowie słyszałem głos ojca: „Bartek, ludzie są różni. Nie każdy jest twoim przyjacielem.”
Ale ja zawsze wierzyłem w ludzi. Chciałem wierzyć.
Następnego dnia Amar rzeczywiście przyniósł mi pieniądze. Wręczył mi je z szerokim uśmiechem i poklepał po ramieniu.
– Widzisz? Mówiłem, że oddam!
Ale coś się zmieniło. Już mu nie ufałem tak jak wcześniej.
Przez kolejne dni unikałem wspólnych lunchów. Zacząłem siadać z Magdą i Krzyśkiem z magazynu. Rozmawialiśmy o wszystkim – o podwyżkach, o dzieciach, o planach na wakacje nad Bałtykiem.
Amar próbował kilka razy do nas dołączyć, ale zawsze znajdowałem wymówkę.
Pewnego dnia podszedł do mnie podczas przerwy na kawę.
– Bartek, co jest? Unikasz mnie?
Spojrzałem mu prosto w oczy.
– Po prostu nie lubię być wykorzystywany – powiedziałem cicho.
Zamilkł na chwilę, a potem wzruszył ramionami.
– Przesadzasz…
Może i przesadzałem. Ale pierwszy raz od dawna poczułem się silniejszy.
Wieczorem zadzwoniła mama.
– Synku, wszystko w porządku?
Chciałem jej powiedzieć o Amarze, o tym jak trudno jest postawić granicę między byciem dobrym człowiekiem a byciem naiwnym frajerem. Ale tylko westchnąłem:
– Tak, mamo. Po prostu uczę się ufać ludziom… trochę mniej.
Ona milczała przez chwilę.
– To dobrze, Bartku. Czasem trzeba być twardszym.
Zastanawiam się teraz: czy warto było tracić przyjaźń dla kilku złotych? A może właśnie te drobne sprawy pokazują nam prawdziwe oblicze ludzi?
Czy wy też mieliście kiedyś poczucie bycia wykorzystywanym przez kogoś bliskiego? Jak postawiliście granicę?