Prawda, która przerwała ciszę: Przebudzenie Joanny
– Joanna, czemu ty zawsze milczysz, kiedy on cię tak traktuje? – zapytała nagle Magda, patrząc mi prosto w oczy przez stół zastawiony niedzielnym obiadem. W tej chwili czas się zatrzymał. Słyszałam tylko bicie własnego serca i czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Mój mąż, Andrzej, właśnie po raz kolejny skrytykował moje ziemniaki – „za słone, jak zwykle” – a ja, jak zwykle, spuściłam wzrok i udawałam, że to nic.
Ale tym razem Magda nie pozwoliła mi uciec w milczenie. Jej pytanie rozbrzmiało w mojej głowie jeszcze długo po tym, jak wszyscy wyszli. Stałam przy zlewie, zmywając talerze, a Andrzej oglądał telewizję w salonie. Woda była gorąca, parzyła mi dłonie, ale nie czułam bólu. Czułam tylko pustkę i wstyd. Jak mogłam pozwolić na to wszystko? Kiedy przestałam być Joanną, a stałam się tylko żoną Andrzeja?
Wszystko zaczęło się niewinnie. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie. Andrzej był charyzmatyczny, pewny siebie, wszyscy go lubili. Ja byłam cicha, trochę nieśmiała, ale przy nim czułam się wyjątkowa. Szybko się zakochałam. Ślub był piękny – biała suknia, łzy wzruszenia mojej mamy, ojciec prowadzący mnie do ołtarza. Wszyscy mówili: „Pasujecie do siebie idealnie!”
Ale życie po ślubie nie było już bajką. Andrzej coraz częściej podnosił głos, krytykował mnie przy rodzinie. „Joanna, ty nawet jajecznicy nie umiesz zrobić porządnie!” – śmiał się podczas śniadania u teściów. Wszyscy się śmiali. Ja też się śmiałam – bo co miałam zrobić? Mama powtarzała: „Facet taki już jest, trzeba być cierpliwą.”
Z czasem zaczęłam znikać. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, bo Andrzej mówił, że to strata czasu. Przestałam malować obrazy – moją największą pasję – bo „po co ci to, przecież i tak nikt tego nie kupi”. Każdy dzień był taki sam: praca, dom, zakupy, gotowanie, sprzątanie. Wieczorami leżałam obok niego w łóżku i patrzyłam w sufit, czując się jak duch.
Aż do tamtej kolacji z Magdą.
Magda była moją przyjaciółką jeszcze z liceum. Zawsze mówiła to, co myśli – czasem za ostro, ale zawsze szczerze. Po jej pytaniu coś we mnie pękło. Przez kilka dni chodziłam jak otępiała. Andrzej zauważył zmianę.
– Coś ty taka zamyślona? – spytał któregoś wieczoru.
– Nic… po prostu zmęczona jestem – odpowiedziałam automatycznie.
– Może byś się bardziej postarała w domu, to byś nie była taka zmęczona – rzucił z przekąsem.
Wtedy pierwszy raz od lat poczułam złość. Nie na niego – na siebie. Dlaczego pozwalałam mu tak mówić? Dlaczego pozwalałam wszystkim traktować mnie jak powietrze?
Następnego dnia zadzwoniłam do Magdy.
– Muszę z tobą pogadać – powiedziałam drżącym głosem.
Spotkałyśmy się w kawiarni na Kazimierzu. Magda patrzyła na mnie uważnie.
– Joanna… ty musisz coś zmienić. On cię niszczy.
– Ale jak? Przecież nie mogę tak po prostu odejść…
– Możesz. Masz prawo być szczęśliwa.
Te słowa brzmiały jak zaklęcie. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok. Rano spojrzałam w lustro i zobaczyłam kobietę z podkrążonymi oczami i smutkiem wypisanym na twarzy.
Zaczęłam małe rewolucje. Najpierw wróciłam do malowania – po kryjomu, kiedy Andrzej był w pracy. Potem zaczęłam spotykać się z Magdą częściej. Andrzej był coraz bardziej zirytowany.
– Co ty kombinujesz? – pytał podejrzliwie.
– Nic. Po prostu chcę mieć trochę czasu dla siebie.
– Dla siebie? A kto obiad zrobi?
Pewnego dnia przyniosłam do domu swoje pierwsze od lat płótno – obraz przedstawiający kobietę stojącą na brzegu morza. Postawiłam go na komodzie w salonie.
Andrzej spojrzał na niego z pogardą.
– Co to za bazgroły? Lepiej byś posprzątała.
Wtedy coś we mnie pękło na dobre.
– Dość! – krzyknęłam tak głośno, że aż sama się przestraszyłam własnego głosu.
Andrzej zamarł z niedowierzaniem.
– Co ty wyprawiasz?
– Mam dość tego wszystkiego! Mam dość twojego wiecznego niezadowolenia! Mam dość życia pod twoje dyktando!
Przez chwilę panowała cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem.
– Chyba ci odbiło – syknął Andrzej i wyszedł trzaskając drzwiami.
Usiadłam na podłodze i rozpłakałam się jak dziecko. Ale to były inne łzy niż dotąd – łzy ulgi i strachu jednocześnie. Bałam się tego, co będzie dalej, ale po raz pierwszy od lat poczułam się wolna.
Następne dni były trudne. Andrzej próbował mnie zastraszyć: „Jak odejdziesz, zostaniesz z niczym!” Teściowa dzwoniła codziennie: „Joasiu, nie rób głupstw! Małżeństwo to świętość!” Mama płakała do słuchawki: „Co ludzie powiedzą?”
Ale ja już wiedziałam swoje. Znalazłam pracę w małej galerii sztuki na Podgórzu. Wynajęłam kawalerkę na obrzeżach miasta. Było skromnie – stare meble, zimne ściany – ale to była moja przestrzeń.
Pierwszego wieczoru usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyłam na światła miasta. Czułam strach i samotność… ale też nadzieję.
Magda przyszła z butelką wina.
– Jestem z ciebie dumna – powiedziała cicho i mocno mnie przytuliła.
Czasem budzę się w nocy i pytam sama siebie: czy dobrze zrobiłam? Czy nie powinnam była walczyć o ten związek bardziej? Ale potem przypominam sobie tamtą kolację i pytanie Magdy: „Czemu milczysz?”
Już nie milczę. Uczę się mówić własnym głosem.
A wy? Ile razy pozwoliliście innym zagłuszyć swoje marzenia? Czy warto żyć cudzym życiem tylko po to, by spełniać czyjeś oczekiwania?