„Już nie jesteś moją matką” — telefon, który rozdarł mi życie na pół

— Słucham. Kto mówi? — rzuciłem, ściskając kierownicę tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Silnik był już odpalony, radio cicho mruczało o korkach na obwodnicy, a ja marzyłem tylko o tym, żeby dojechać do mieszkania, zdjąć buty i udawać, że dzisiejszy dzień nie istniał.

— To ja… Cześć — odpowiedział kobiecy głos, który nic mi nie mówił. Był zachrypnięty, jakby ktoś długo płakał albo długo milczał.

— Kto to „ja”? — spiąłem się. — Proszę się przedstawić!

Chwila ciszy. W końcu cichy szept:

— To… to Danuta.

Imię uderzyło mnie jak otwarta dłoń. Danuta. Moja matka miała na imię Danuta. Tylko że… moja matka nie żyła. Przynajmniej tak mi powiedziano. Przynajmniej tak sobie poukładałem w głowie, żeby móc w ogóle funkcjonować.

— Niemożliwe — wydusiłem. — Moja matka…

— Wiem, co ci powiedzieli — weszła mi w słowo. — Wiem, co ci powiedział… Marek.

Marek. Mój ojciec. A raczej człowiek, którego przez lata nazywałem ojcem, choć w domu częściej był jak cień z papierosem niż jak ktoś, kto potrafi przytulić.

— Skąd pani zna Marka? — zapytałem, choć serce już mi waliło jak młotem. Czułem, jak pot spływa mi po karku pod kołnierzykiem koszuli.

— Bo… byłam twoją matką — powiedziała tak cicho, że musiałem przycisnąć telefon do ucha. — I nadal nią jestem, choć pewnie zaraz mi powiesz, że już nie.

W gardle stanęła mi gula. Przez sekundę widziałem przed oczami kuchnię z mojego dzieciństwa: cerata w czerwone jabłka, stary czajnik gwizdzący jak wściekły ptak, i Danuta — ta prawdziwa, ta z moich wspomnień — krzątająca się nerwowo, kiedy Marek wracał po wypłacie.

— To jakiś żart? — syknąłem. — Kto pani dał ten numer?

— Nie żartuję. Nie mam już siły na żarty. Numer… znalazłam w papierach. Wiem, gdzie pracujesz. Wiem, że masz teraz… swoje życie. I wiem, że mnie nienawidzisz.

— Ja pani nie znam — powiedziałem ostro, choć w środku wszystko mi się rozjeżdżało. — Proszę więcej nie dzwonić.

— Proszę… — jej głos zadrżał. — Tylko wysłuchaj. Jedno spotkanie. Jedna rozmowa. Potem możesz powiedzieć, co chcesz. Nawet to, że już nie jestem twoją matką.

To zdanie — „już nie jestem twoją matką” — zabrzmiało jak coś, co ja sam kiedyś krzyczałem. I nagle przypomniałem sobie dokładnie ten dzień.

Miałem wtedy piętnaście lat. Wróciłem ze szkoły wcześniej, bo odwołali ostatnią lekcję. W domu było cicho, aż nienaturalnie. Zwykle Danuta słuchała radia, a Marek tłukł się po mieszkaniu jak niedźwiedź w klatce. Tym razem usłyszałem tylko szuranie krzesła i stłumione głosy.

Zajrzałem do kuchni i zobaczyłem Danutę siedzącą przy stole. Miała czerwone oczy i trzęsły jej się ręce. Marek stał nad nią, oparty o framugę, z tym swoim uśmieszkiem, który zawsze oznaczał kłopoty.

— Powiedz mu — powiedział Marek spokojnie, aż za spokojnie. — Powiedz mu, że wyjeżdżasz.

— Co? — wyrwało mi się. — Mamo?

Danuta podniosła na mnie wzrok. W tym spojrzeniu było coś, czego wtedy nie umiałem nazwać. Dziś wiem: strach i wstyd.

— Michał… — zaczęła.

— Nie mów do niego „Michał” tak czule — wtrącił Marek. — Jakbyś miała prawo.

— O czym wy mówicie? — poczułem, jak rośnie we mnie panika. — Co się dzieje?

Danuta wstała, podeszła do mnie, ale zatrzymała się w połowie drogi, jakby niewidzialna ściana ją odpychała.

— Muszę wyjechać — powiedziała w końcu. — Na jakiś czas.

— Na jakiś czas? — powtórzyłem. — Dokąd? Po co?

— Do pracy — rzucił Marek. — Do Niemiec. Bo tu się nie da żyć.

— To jedźmy razem — powiedziałem natychmiast. — Ja mogę zmienić szkołę, wszystko.

Danuta zacisnęła usta.

— Nie mogę cię zabrać — wyszeptała.

Wtedy coś we mnie pękło.

— Nie możesz? — krzyknąłem. — To ja jestem twoim dzieckiem!

Marek parsknął śmiechem.

— Dzieckiem… — powtórzył. — No, powiedz mu, Danuta. Powiedz mu prawdę.

Danuta spojrzała na Marka, jakby prosiła go o litość. On tylko wzruszył ramionami.

— Michał… — zaczęła znowu, a ja czułem, że zaraz zwymiotuję. — Ja… ja nie jestem…

— Nie kończ — syknąłem. — Nie mów.

Ale ona powiedziała.

— Nie jestem twoją prawdziwą matką.

Świat zawirował. Pamiętam, że złapałem się blatu, bo nogi odmówiły posłuszeństwa.

— Co ty gadasz? — wydusiłem.

— Wychowywałam cię — mówiła szybko, jakby chciała zdążyć zanim ją zatrzymam. — Kochałam cię, Michał, przysięgam…

— Przestań! — wrzasnąłem. — Kłamiesz!

Marek podszedł bliżej.

— Nie kłamie — powiedział. — Twoja matka… ta prawdziwa… nie dała rady. A Danuta była… pod ręką.

— Pod ręką? — powtórzyłem jak echo.

Danuta płakała już bezgłośnie.

— Ja chciałam… — szepnęła. — Ja chciałam być.

I wtedy, w tej kuchni pachnącej starym olejem i herbatą, powiedziałem słowa, które wracają do mnie w snach.

— Już nie jesteś moją matką.

Nie pamiętam, co było potem. Pamiętam tylko trzask drzwi, mój bieg po schodach, zimne powietrze na klatce i to, że przez kilka dni nie wracałem do domu, nocując u kolegi, u którego matka robiła kanapki i nie zadawała pytań.

Potem Marek powiedział mi, że Danuta wyjechała i że „tak będzie lepiej”. A po miesiącu, że miała wypadek. Że nie żyje. I że mam się skupić na szkole, bo życie jest twarde.

A ja… ja uwierzyłem, bo łatwiej było wierzyć w śmierć niż w to, że ktoś może tak po prostu zniknąć.

Teraz siedziałem w samochodzie pod biurem, z telefonem przy uchu, i słyszałem jej oddech.

— Gdzie jesteś? — zapytałem w końcu, głosem, którego nie poznawałem.

— W Warszawie — odpowiedziała. — W szpitalu na Banacha. Nie wiem, ile mi zostało czasu. Nie chcę umierać z tym, że… że zostawiłam cię w tamtym domu.

— Zostawiłaś — powtórzyłem, a w środku poczułem wściekłość tak czystą, że aż gorącą. — Zostawiłaś mnie z Markiem.

— Wiem — wyszeptała. — I to jest mój grzech.

Przez chwilę chciałem się rozłączyć. Chciałem wrócić do swojego poukładanego życia: kredytu, pracy, zakupów w Biedronce w piątek wieczorem, udawania, że dzieciństwo mnie nie dotyczy. Ale coś mnie trzymało.

— Dlaczego teraz? — zapytałem. — Czemu nie wcześniej?

— Bo się bałam — powiedziała. — Marek… on miał na mnie haki. Groził mi. Mówił, że jak się odezwę, to… że zniszczy ci życie. A potem… potem wylądowałam za granicą, w pracy, w długach, w wstydzie. I wmawiałam sobie, że ty masz lepiej beze mnie.

— Miałem lepiej? — prychnąłem. — Wiesz, co on robił, kiedy ty „miałaś lepiej”? Wiesz, jak wyglądało moje „lepiej”?

Nie odpowiedziała. Tylko płakała.

Wtedy zobaczyłem siebie sprzed lat: jak stoję w przedpokoju, a Marek przeszukuje mi plecak, bo „na pewno coś ukradłem”; jak liczę drobne na wycieczkę szkolną, a on zabiera mi je „na rachunki”; jak słyszę od niego, że jestem nikim, bo „nawet nie wiadomo, czyj jestem”.

— Chcę ci to powiedzieć w twarz — powiedziała Danuta. — Nie przez telefon. Proszę.

Nie wiem, co mnie popchnęło. Może ciekawość. Może potrzeba domknięcia czegoś, co od lat było otwartą raną. A może zwykła ludzka przyzwoitość, której Marek mnie nie nauczył.

— Dobrze — powiedziałem. — Przyjadę.

W szpitalu pachniało płynem do dezynfekcji i gotowaną marchewką. Na korytarzu ktoś kłócił się z pielęgniarką o kolejkę do lekarza, a starsza pani w kapciach ciągnęła kroplówkę jak wózek na zakupy. Polska rzeczywistość w pigułce: cierpliwość na kredyt i nerwy na raty.

Danuta leżała w sali z trzema innymi kobietami. Była chudsza, niż ją pamiętałem, włosy miała krótkie, siwe, a na stoliku stał kubek z herbatą i mały obrazek z Matką Boską.

Kiedy mnie zobaczyła, próbowała się podnieść.

— Nie ruszaj się — powiedziałem automatycznie, jakbym nagle stał się dorosły.

— Michał… — wyszeptała. — Przyszedłeś.

Stałem jak słup. Nie wiedziałem, czy mam ją przytulić, czy wyjść. W środku miałem chaos: żal, wściekłość, tęsknotę za czymś, czego nigdy nie miałem.

— Powiedz mi prawdę — powiedziałem w końcu. — Całą. Bez oszczędzania.

Danuta wzięła głęboki oddech.

— Twoja biologiczna mama miała na imię Ewa — zaczęła. — Była młoda. Marek… Marek ją poznał na jakiejś imprezie. Zaszła w ciążę. A potem… potem zaczęły się awantury. Ona nie chciała z nim być. Uciekła. Urodziła cię i… oddała. Nie wiem, czy do okna życia, czy do domu dziecka, Marek nigdy nie powiedział. On cię „załatwił”. Przyniósł do mnie.

— „Załatwił” — powtórzyłem, czując mdłości.

— Powiedział, że jak nie wezmę, to… że mnie pogrąży. Ja wtedy byłam sama, po rozwodzie, bez pieniędzy. I… i spojrzałam na ciebie. Byłeś taki malutki. I pomyślałam, że może to moja szansa, żeby być komuś potrzebną.

— A potem? — zapytałem.

— Potem próbowałam być matką — powiedziała, a łzy spływały jej po policzkach. — Ale Marek mnie niszczył. Mówił, że jesteś jego, że ja mam siedzieć cicho. Bił mnie czasem. A ja… ja byłam słaba. I kiedy dorosłeś, kiedy zacząłeś zadawać pytania, on postanowił mnie wyrzucić z waszego życia. I zrobił to tak, żebyś mnie znienawidził.

— Więc to on kazał ci powiedzieć? — zapytałem.

— Tak — przyznała. — Kazał mi powiedzieć w ten sposób. Żebym brzmiała jak potwór. Żebym cię straciła.

W głowie dudniło mi jedno: całe moje życie było ustawione przez Marka jak scenariusz taniego serialu. A ja grałem w nim rolę, nie znając nawet tytułu.

— Czemu nie walczyłaś? — zapytałem cicho. — Czemu mnie nie zabrałaś?

Danuta spojrzała na mnie z bólem.

— Bo bałam się, że cię skrzywdzę jeszcze bardziej — powiedziała. — I bo nie miałam siły. To nie jest usprawiedliwienie. To jest prawda.

Siedziałem przy jej łóżku, a w środku coś mi się rozklejało. Nienawiść, którą nosiłem latami, nagle nie miała gdzie się oprzeć, bo zobaczyłem nie potwora, tylko zmęczoną kobietę, która też była ofiarą.

— Marek żyje — powiedziałem. — Wciąż. I wciąż potrafi zatruwać.

Danuta skinęła głową.

— Wiem — wyszeptała. — Dlatego chciałam ci powiedzieć, zanim… zanim będzie za późno. Żebyś wiedział, że nie jesteś „niczyj”. Że byłeś kochany. Może nie idealnie. Może nie mądrze. Ale kochany.

Milczałem długo. W końcu zapytałem:

— A Ewa? Ta biologiczna… żyje?

Danuta zawahała się.

— Nie wiem — powiedziała. — Ale mam coś. — Sięgnęła drżącą ręką do szafki i wyjęła kopertę. — To jedyne, co Marek zostawił. Kartka z imieniem i miejscem. „Ewa, Łódź, Bałuty”. Nic więcej. Trzymałam to jak relikwię, bo myślałam, że kiedyś… że kiedyś będziesz chciał.

Wziąłem kopertę. Papier był miękki od dotykania, jakby Danuta setki razy sprawdzała, czy nadal istnieje.

— Nie wiem, co z tym zrobię — powiedziałem.

— Nie musisz nic — odparła. — Tylko… nie odchodź dziś w gniewie.

Patrzyłem na nią i nagle wróciło mi wspomnienie, którego dawno nie dotykałem: jak miałem siedem lat i dostałem gorączki, a Danuta siedziała przy mnie całą noc, zmieniała mi kompresy i szeptała: „Będzie dobrze, synku”. Wtedy wierzyłem.

— Powiedziałem ci kiedyś, że nie jesteś moją matką — powiedziałem, a głos mi się załamał.

Danuta zamknęła oczy.

— Wiem.

— A ty mimo to… zadzwoniłaś.

— Bo matka… nawet nieprawdziwa… nie przestaje się bać o dziecko — wyszeptała.

Nie przytuliłem jej. Jeszcze nie umiałem. Ale usiadłem bliżej i położyłem dłoń na brzegu łóżka, tak blisko jej ręki, że prawie się dotykały.

— Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć — powiedziałem.

— Nie musisz — odpowiedziała. — Ale może… może spróbujesz przestać nienawidzić.

Kiedy wychodziłem ze szpitala, na parkingu padał drobny deszcz. Stałem chwilę pod daszkiem, patrząc na ludzi biegnących do autobusów, na matki ciągnące dzieci za ręce, na mężczyznę, który krzyczał do telefonu, że „znowu mu odmówili”. Zwykły dzień w Polsce, a we mnie — trzęsienie ziemi.

Wsiadłem do samochodu i spojrzałem na kopertę na siedzeniu pasażera. Przez lata myślałem, że moja historia jest prosta: matka mnie zostawiła, ojciec mnie wychował, ja uciekłem. A teraz okazało się, że nic nie było proste, tylko ja byłem zbyt młody, żeby to unieść.

I najgorsze pytanie nie brzmiało już: „kim ona jest?”, tylko: „kim ja jestem, jeśli całe życie budowałem na kłamstwie?”

Czy wybaczenie to obowiązek dziecka, nawet jeśli dorosły zawiódł? A jeśli nie wybaczę — czy naprawdę będę lepszy od Marka, czy tylko równie twardy i równie samotny?