Teściowa chciała pozbyć się mojej córki, ale straciła syna

— Paulina, śpisz? — usłyszałam szept, który nie miał prawa być w moim mieszkaniu o piątej rano.

Zamarłam. Serce uderzyło mi w gardło tak mocno, że przez chwilę myślałam, że obudzi Maję. Najpierw wmawiałam sobie, że to tylko sen, że to ja się przewróciłam niezgrabnie i stąd ten hałas. Ale dźwięk wrócił: tępy stukot naczyń, jakby ktoś wyciągał talerze z szafki i odkładał je byle jak. Potem szum plastikowej torebki, ten charakterystyczny, nerwowy, jak przy pakowaniu na szybko.

Sięgnęłam po telefon. 05:12. W sąsiednim pokoju panowała cisza, co oznaczało, że Maja jeszcze śpi. I że jeśli ktoś kręci się w kuchni, to nie ona.

Wstałam powoli, stawiając stopy na zimnych panelach. W bloku zawsze było chłodno o świcie, nawet latem. Przeszłam korytarzem, mijając wieszak z kurtkami i dziecięcy plecak z jednorożcem, który Maja uparcie nosiła do przedszkola, choć już dawno była „za duża”.

W kuchni stała ona. Halina. Moja teściowa. W płaszczu, z torebką przewieszoną przez ramię, jakby przyszła tylko na chwilę. Na stole leżała otwarta reklamówka z apteki, a obok… mała butelka syropu i blister tabletek.

— Co ty robisz? — mój głos wyszedł chrapliwy, jakbym nie mówiła od tygodni.

Halina nawet nie drgnęła. Odwróciła się powoli, z tą swoją miną, którą znałam aż za dobrze: mieszanina oburzenia i świętego przekonania, że ma rację.

— A co, nie wolno mi zrobić herbaty? — syknęła. — W tym domu już nic nie wolno.

— O piątej rano? W płaszczu? — wskazałam na jej ręce. — I z lekami na stole?

— To dla ciebie — powiedziała szybko. — Żebyś się uspokoiła. Jesteś nerwowa. Dziecko to czuje.

Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie jak krzyk, raczej jak cienka żyłka, która trzymała mnie w ryzach przez ostatnie miesiące.

— Zostaw Maję w spokoju — powiedziałam cicho. — Nie dotykaj jej rzeczy. Nie dotykaj niczego.

Halina prychnęła.

— Maję? — powtórzyła, jakby to imię było jej solą w oku. — To dziecko nie jest… normalne. Ty tego nie widzisz, bo jesteś ślepa. Ale ja widzę. Ja widzę, jak ona manipuluje. Jak ona cię owija wokół palca.

— Ona ma sześć lat — wyszeptałam.

— I już potrafi rozbić rodzinę — Halina podniosła brodę. — Przez nią mój syn cierpi.

W tym momencie usłyszałam skrzypnięcie łóżka w sypialni. Kroki. I w progu stanął Michał, mój mąż, z rozczochranymi włosami i twarzą człowieka, który od dawna nie śpi spokojnie.

— Co się dzieje? — zapytał, ale w jego głosie nie było zaskoczenia. Raczej zmęczenie.

— Twoja mama jest w kuchni o piątej rano i rozkłada leki na stole — powiedziałam. — Powiedz mi, że to nie jest to, co myślę.

Michał spojrzał na Halinę. Ona natychmiast zmieniła ton, jak aktorka, która wchodzi w rolę.

— Michałku, ja tylko chciałam pomóc — zaczęła miękko. — Paulina znowu ma te swoje napady. A dziecko… dziecko jest niespokojne. Ja się martwię.

— Mamo, mówiłem ci, żebyś nie przychodziła bez zapowiedzi — Michał przetarł twarz dłońmi.

— Bez zapowiedzi? — Halina uniosła głos. — To ja mam się zapowiadać do własnego syna? Do własnego domu?

— To nie jest twój dom — powiedziałam ostro. — To jest nasze mieszkanie. Na kredyt. Spłacamy je co miesiąc, a ty przychodzisz i zachowujesz się, jakbyś była tu właścicielką.

Halina zrobiła krok w moją stronę.

— A kto wam pomagał, jak braliście ten kredyt? — warknęła. — Kto dał wam na wkład? Kto pożyczył, kiedy bank kręcił nosem? Ja. Ja. I teraz mam patrzeć, jak ty niszczysz mojego syna, a ta… ta dziewczynka…

— Nie mów tak o niej — Michał podniósł głos pierwszy raz od dawna. — To jest moje dziecko.

Halina zamarła. W jej oczach pojawiło się coś zimnego.

— Twoje? — powtórzyła. — Michał, nie bądź naiwny.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

— Co ty powiedziałaś? — zapytałam.

— Nic — Halina wzruszyła ramionami, ale już było za późno. — Tylko mówię, że ty zawsze byłaś… taka. Zawsze coś ukrywałaś. A Maja… Maja jest do ciebie podobna. Za bardzo.

Michał spojrzał na mnie, jakby nagle zobaczył we mnie obcą osobę. I to był moment, w którym zrozumiałam, że Halina od miesięcy sączy mu do ucha truciznę. Że te jego milczenia, te późne powroty, te „nie mam siły”, to nie tylko praca i kredyt. To była ona.

— Michał — powiedziałam, starając się nie drżeć. — Nie słuchaj jej.

— Ja tylko chcę prawdy — odpowiedział cicho.

Halina uśmiechnęła się, ledwo zauważalnie.

— Widzisz? — szepnęła. — On też to czuje.

Wtedy z pokoju Mai dobiegł cichy płacz. Ten dziecięcy, zduszony, jakby bała się, że przeszkadza. Pobiegłam do niej. Siedziała na łóżku, przytulając misia z urwanym uchem.

— Mamusiu… kto jest w domu? — zapytała.

— Nikt ważny, kochanie — skłamałam, głaszcząc ją po włosach. — Śpij jeszcze.

— Babcia Halina? — jej oczy były szerokie. — Ona mówiła wczoraj w przedszkolu, że mnie zabierze.

Zamarłam.

— Co powiedziała? — mój głos stał się lodowaty.

Maja spuściła wzrok.

— Że jak będę niegrzeczna, to pojedziemy daleko. Że mam nie mówić pani Ani, bo to tajemnica.

Wróciłam do kuchni jak burza.

— Ty byłaś w przedszkolu? — rzuciłam do Haliny.

— A co, nie wolno mi odwiedzić wnuczki? — odparła.

— Nie jesteś jej babcią, jeśli ją straszysz — powiedziałam. — Jeśli mówisz jej, że ją zabierzesz.

Halina zacisnęła usta.

— Ja ją ratuję — wysyczała. — Przed tobą.

Michał stał jak wryty.

— Mamo… co ty robisz? — zapytał, ale brzmiał, jakby sam nie wierzył w to, co słyszy.

— Robię to, czego ty nie potrafisz — Halina rozłożyła ręce. — Ty jesteś słaby. Zawsze byłeś. A ona cię wykorzystuje. Dziecko jest narzędziem. Jak ją zabierzemy, Paulina w końcu zrozumie.

— „Zabierzemy”? — powtórzyłam. — Czyli to jest plan.

Halina spojrzała na reklamówkę z apteki.

— Są sposoby, żeby dziecko… uspokoić — powiedziała cicho. — Żeby nie robiło scen. Żeby dało się przewieźć. Ty nie masz pojęcia, ile matek robi histerię, a potem dziękuje, że ktoś w końcu przejął kontrolę.

W mojej głowie zrobiło się pusto. Zobaczyłam Maję w samochodzie, zapłakaną, z obcą ręką na ustach. Zobaczyłam Halinę, która mówi: „To dla jej dobra”.

— Wynoś się — powiedziałam.

— Nie możesz mnie wyrzucić — Halina podniosła głos. — Michał!

Michał patrzył na nią długo. A potem, ku mojemu zaskoczeniu, powiedział:

— Mamo, wyjdź. Teraz.

Halina zrobiła krok w tył, jakby dostała policzek.

— Ty wybierasz ją? — zapytała, wskazując na mnie. — Po tym wszystkim?

— Wybieram Maję — odpowiedział Michał. — I wybieram spokój.

Halina wzięła torebkę, ale zanim wyszła, odwróciła się jeszcze w drzwiach.

— Zobaczycie — powiedziała. — Jeszcze będziecie błagać.

Drzwi trzasnęły. W mieszkaniu zapadła cisza, taka, że słyszałam własny oddech.

— Paulina… — Michał usiadł przy stole i schował twarz w dłoniach. — Ja nie wiedziałem, że ona…

— Wiedziałeś — przerwałam mu. — Tylko udawałeś, że nie.

Nie odpowiedział. A ja poczułam, że to dopiero początek.

Przez następne dni żyliśmy jak na minie. Michał chodził do pracy, wracał późno, milczący. Ja odprowadzałam Maję do przedszkola i oglądałam się za siebie, jakby Halina miała wyskoczyć zza rogu. Zmieniłam hasło do domofonu. Poprosiłam panią Anię, wychowawczynię, żeby nie wydawała Mai nikomu poza mną i Michałem. Pani Ania spojrzała na mnie z tym współczuciem, które w Polsce często oznacza: „Wiem, ale nie chcę się mieszać”.

— Proszę pani, to poważne? — zapytała.

— Tak — odpowiedziałam. — Bardzo.

Wieczorami Michał siedział w telefonie. Raz zobaczyłam na ekranie słowo „adwokat”. Innym razem „test ojcostwa”.

— Naprawdę? — zapytałam, kiedy nie wytrzymałam. — Naprawdę jej uwierzyłeś?

— Ja… ja muszę mieć pewność — powiedział, nie patrząc mi w oczy.

To bolało bardziej niż krzyk. Bo krzyk przynajmniej jest emocją. A to było jak wyrok.

— Michał, ja cię nie zdradziłam — powiedziałam. — Maja jest twoja.

— Skąd mam wiedzieć? — wyszeptał.

Wtedy zrozumiałam, że Halina nie tylko chciała pozbyć się mojej córki. Ona chciała pozbyć się mnie. A najlepszym sposobem było zasianie w nim wątpliwości, które będą go zjadać od środka.

W piątek Michał nie wrócił na noc. Zadzwoniłam. Nie odebrał. Napisałam. Cisza. O drugiej w nocy usłyszałam, jak Maja przewraca się w łóżku.

— Mamusiu, tata nas zostawi? — zapytała w ciemności.

Przytuliłam ją mocno.

— Nie wiem, kochanie — powiedziałam prawdę, bo nie umiałam już kłamać.

Następnego dnia rano zadzwoniła Halina.

— Widzisz? — powiedziała bez przywitania. — Mówiłam.

— Gdzie jest Michał? — zapytałam.

— U mnie — odpowiedziała. — W końcu ktoś go nakarmił i dał mu spokój. Ty tylko wymagania, pretensje, dziecko…

— Dziecko? — powtórzyłam. — To jest jego córka.

— Jeszcze się okaże — Halina zaśmiała się krótko. — A ty lepiej pilnuj, żeby Maja nie płakała za głośno. Sąsiedzi różnie reagują. Wiesz, jak jest. Jedni współczują, inni dzwonią, gdzie trzeba.

Rozłączyła się.

W poniedziałek Michał wrócił. Pachniał papierosami, choć nigdy nie palił. Miał czerwone oczy.

— Zrobiłem test — powiedział od progu.

— Jaki test? — zapytałam, choć wiedziałam.

— Ojcostwa — odpowiedział. — Mama… załatwiła.

Poczułam, jak świat mi się przechyla.

— Bez mojej zgody? — wyszeptałam.

— Ja… ja nie wiem, jak to działa — powiedział, jak dziecko przyłapane na kradzieży. — Ona mówiła, że wystarczy próbka… szczoteczka…

Zrobiło mi się niedobrze. Ktoś grzebał w rzeczach mojej córki. Ktoś traktował ją jak dowód w sprawie.

— I co wyszło? — zapytałam.

Michał wyciągnął kartkę. Ręce mu drżały.

— Że jestem ojcem — powiedział cicho.

Powinnam poczuć ulgę. Ale poczułam tylko wściekłość.

— I co teraz? — zapytałam. — Teraz przeprosisz? Teraz powiesz mamie, że przesadziła?

Michał usiadł na krześle, jakby nagle nie miał siły stać.

— Ona… ona powiedziała, że to sfałszowane — wyszeptał.

Zamarłam.

— Co?

— Że ty mogłaś… że ty mogłaś to ustawić — mówił coraz szybciej, jakby sam nie wierzył w słowa. — Że są laboratoria, które…

— Michał, przestań — przerwałam mu. — To jest chore.

Wtedy zadzwonił jego telefon. Na ekranie: „Mama”. Odebrał odruchowo.

— Michałku, jedź do mnie — usłyszałam jej głos, głośny nawet przez głośnik. — Musimy porozmawiać. Sama nie dam rady. Serce mi wali.

Michał wstał.

— Jadę — powiedział.

— Nie — złapałam go za rękaw. — Zostań. Ona manipuluje.

— To moja mama — wyrwał się. — A ty… ty zawsze chcesz mnie od niej odciąć.

— Ja chcę, żebyś był ojcem — powiedziałam. — Żebyś był mężem. Żebyś był tu.

Michał spojrzał w stronę pokoju Mai. Drzwi były uchylone. Widziałam małą twarz, która nas podsłuchiwała, przerażona.

— Wrócę — rzucił i wyszedł.

Minęły dwie godziny. Potem trzy. Zadzwoniłam. Nie odebrał. O dziewiętnastej zadzwonił obcy numer.

— Dzień dobry, czy rozmawiam z Pauliną? — zapytał męski głos.

— Tak — odpowiedziałam, czując, jak robi mi się zimno.

— Tu ratownik medyczny. Proszę pani, doszło do wypadku. Michał… — zawahał się. — Michał nie żyje.

Nie pamiętam, jak upadłam. Pamiętam tylko, że Maja krzyczała, a ja nie mogłam złapać oddechu. Pamiętam, że świat stał się nagle zbyt jasny, zbyt głośny, jakby ktoś odkręcił wszystkie dźwięki naraz.

Później dowiedziałam się, że Michał jechał do Haliny. Że na skrzyżowaniu przy trasie wylotowej ktoś wymusił pierwszeństwo. Że uderzył bokiem, dokładnie tam, gdzie siedział. Że nie miał szans.

Halina była w szpitalu. Podobno zemdlała, kiedy usłyszała. Kiedy ją zobaczyłam na korytarzu, wyglądała jak cień. Ale kiedy nasze oczy się spotkały, w jej spojrzeniu nie było tylko żalu. Było też coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że ścisnęłam Maję mocniej za rękę.

— To przez ciebie — wyszeptała Halina, zanim ktokolwiek zdążył ją uciszyć.

— Przez mnie? — powtórzyłam, a mój głos był pusty.

— Gdybyś nie robiła awantur… gdybyś nie nastawiała go przeciwko mnie… — jej usta drżały. — On by nie jechał.

— On jechał do ciebie — powiedziałam. — Bo zadzwoniłaś. Bo znowu musiałaś być najważniejsza.

Halina zacisnęła powieki.

— Ja jestem jego matką — wyszeptała.

— A ja jestem matką Mai — odpowiedziałam. — I nie pozwolę ci jej skrzywdzić.

Po pogrzebie zaczęła się druga wojna. Halina przyszła do mnie z papierami.

— Michał zostawił testament? — zapytałam.

— Nie — odpowiedziała. — Ale ja mam prawo do kontaktu z wnuczką.

— Po tym, co zrobiłaś? — zapytałam.

— Ja nic nie zrobiłam — powiedziała, a jej głos znów stawał się twardy. — To ty jesteś niestabilna. Ja mogę wystąpić o opiekę. Mam świadków. Sąsiadki słyszały, jak krzyczysz. W przedszkolu widzieli, jaka jesteś nerwowa.

Zrozumiałam wtedy, że ona nie przestanie. Że śmierć Michała nie była dla niej końcem, tylko nowym argumentem.

Zaczęłam zbierać dowody. Zapisywałam daty, godziny, słowa. Poprosiłam panią Anię o notatkę służbową o tym, co Maja powiedziała o „zabraniu daleko”. Poszłam do psycholożki dziecięcej na NFZ, czekałam miesiąc, ale poszłam. W międzyczasie pracowałam zdalnie, bo bałam się zostawić Maję samą choćby na chwilę. W sklepie liczyłam każdy grosz, bo rata kredytu nie zniknęła razem z Michałem. W urzędach słyszałam: „Proszę przynieść jeszcze to”, „Proszę poczekać”, „Taka procedura”. Polska codzienność, w której tragedia nie zwalnia z kolejek.

Halina dzwoniła. Pisała. Raz zostawiła pod drzwiami worek z ubraniami po Michale i karteczkę: „Maja powinna to mieć, bo to jej ojciec”. Jakby ojciec był rzeczą do podziału.

Najgorsze było to, że Maja zaczęła się bać zasypiać.

— Mamusiu, babcia Halina przyjdzie w nocy? — pytała.

— Nie — odpowiadałam, choć sama nie byłam pewna.

W końcu, pewnego wieczoru, kiedy siedziałyśmy na dywanie i układałyśmy puzzle, Maja spojrzała na mnie i powiedziała:

— Tata by nie chciał, żebym ja zniknęła, prawda?

Zatkało mnie.

— Nie, kochanie — wyszeptałam. — Tata by chciał, żebyś była bezpieczna.

A ja? Ja chciałam tylko jednego: żeby ktoś wreszcie uwierzył, że to nie jest „zwykły konflikt rodzinny”. Że to jest walka o dziecko, o granice, o zdrowie psychiczne. Że teściowa potrafi być nie tylko wścibska, ale i niebezpieczna.

Dziś, kiedy mijam skrzyżowanie, na którym zginął Michał, zawsze zwalniam. Patrzę na światła, na ludzi w samochodach, na ich zwykłe rozmowy, na ich zwykłe życie. I myślę o tym, jak jedna osoba potrafi zatruć wszystko, co kochasz.

Halina wciąż uważa, że miała rację. A ja wciąż budzę się czasem przed budzikiem, słysząc w głowie szelest plastikowej torby i stukot naczyń, jak zapowiedź czegoś złego.

Czy gdybym wtedy, o 05:12, nie wyszła z łóżka, Maja byłaby dziś bezpieczna… a Michał żyłby nadal? A może prawdziwe pytanie brzmi: ile jeszcze matek w Polsce słyszy, że „przesadza”, dopóki nie wydarzy się tragedia?