Stałam pod porodówką z psem na rękach i krwią na dłoniach. W środku rodziła moja najlepsza przyjaciółka, a ja nagle zrozumiałam, że ktoś za chwilę zniknie z mojego życia
Wyrwał mi się ze smyczy, jakby coś go ugryzło w samą duszę. Beton na parkingu pod szpitalem przy Kopernika w Krakowie był mokry po nocnym deszczu, a ja miałam w ręku reklamówkę z mandarynkami dla Katki. Usłyszałam pisk opon i głuche uderzenie. Kiedy dopadłam do niego, miałam krew na dłoniach, a on dyszał ciężko, łapiąc powietrze jak przez zaciśnięte zęby, i wtedy zobaczyłam, że drzwi do porodówki zatrzaskują się przede mną…
Nazywał się Fado. Nie dlatego, że byłam romantyczna, tylko dlatego, że kiedy go wzięłam, miał w oczach taki smutek, że pasowało. Kundel, szorstka sierść, w kolorze mokrego piasku z ciemniejszym grzbietem. Wzięłam go pół roku po rozwodzie, kiedy mieszkanie w bloku na Prądniku Czerwonym zaczęło pachnieć tylko płynem do podłóg i moją samotnością. Oś samotności po rozwodzie to nie jest poetycka metafora. To jest cisza w kuchni o 22:30 i to, że nikt nie pyta, czy wróciłaś.
Z Markiem rozstaliśmy się bez fajerwerków. Bez krzyków. To było gorsze. Mówił, że „już nie umie”. Ja mówiłam, że „też nie umiem”. A potem podpisałam papiery i zostałam z kredytem, ratą i dwiema wypłatami w miesiącu, bo w księgowości w hurtowni budowlanej nadgodziny brało się nie z ambicji, tylko z konieczności.
Fado pojawił się przez przypadek. Wracałam z pracy w listopadową szarugę, wiał wiatr od strony Wisły i pachniało spalinami zmieszanymi z mokrymi liśćmi. Pod klatką siedział pies. Nie szczekał. Patrzył. Taki „niczyj”. Miał obrożę z urwanym kawałkiem sznurka. Zamiast iść do domu, zeszłam z powrotem na dół. Wzięłam go na chwilę do łazienki, „tylko żeby się ogrzał”. Woda z prysznica śmierdziała metalem, a z jego sierści zeszła woń śmietnika i starego dymu. Kiedy go wycierałam ręcznikiem, drżał, a pod moimi palcami czułam kości żeber. Wtedy podjąłam pierwszą decyzję, której już nie dało się odkręcić: nie oddam go nigdzie.
To brzmiało prosto, dopóki nie przyszło życie. Spółdzielnia miała regulamin o zwierzętach. Sąsiadka z dołu, pani Bożena, od razu zaczęła zostawiać karteczki na tablicy: „Pies szczeka, brudzi, zagrożenie sanitarne”. Fado nie szczekał prawie wcale. Ale brudził, bo uczył się schodów, bo był zestresowany, bo ja wracałam późno.
Katka była wtedy moją jedyną osobą. Znałyśmy się od liceum w Nowej Hucie. Ona zawsze głośna, ja zawsze bardziej w cieniu. Kiedy Marek odszedł, Katka przychodziła z rosołem w słoiku i perfumami, które pachniały wanilią i czymś ostrym, jak pieprz. Siadała na mojej kanapie i mówiła: „To nie koniec, Zuza”. Ja udawałam, że wierzę.
Kiedy zaszła w ciążę, byłam pierwsza, której powiedziała. Pamiętam jej dłonie na brzuchu, ciepłe i lekko spocone. Pamiętam, jak Fado podszedł i położył pysk na jej kolanie. Dotyk jego mokrego nosa był jak pytanie. Katka się roześmiała, ale w jej śmiechu było coś nerwowego.
W tym samym czasie zaczęły się moje schody z Fado. Weterynarz na osiedlu powiedział, że ma stare złamanie w łapie i potrzebuje badań. RTG, krew, leki. Kosztorys brzmiał jak rata kredytu. NFZ nie leczy psów, a ja już miałam rozpisane pieniądze co do złotówki. Druga decyzja przyszła w środy o 3:00, kiedy Fado obudził mnie skomleniem. Jego oddech był przyspieszony, czułam ciepło jego brzucha przez cienki koc. Pachniał wtedy mlekiem z mojej kawy i czymś kwaśnym, jak strach. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do szefa, że nie przyjdę na zmianę. Skłamałam, że mam „nagły przypadek rodzinny”. To była decyzja nieodwracalna, bo w firmie takie rzeczy pamiętają. Potem poszłam z nim na dyżur do całodobowej kliniki na Ruczaju i zapłaciłam kartą kredytową, którą obiecywałam sobie zamknąć po rozwodzie.
Marek pojawiał się czasem, żeby odebrać rzeczy, których „zapomniał”. Zawsze pachniał tym samym płynem po goleniu. Kiedy zobaczył Fado, powiedział: „Serio? Pies w bloku? Zwariowałaś”. A ja poczułam złość, taką gorącą, że aż mnie piekło pod żebrami. Fado stanął między nami, nie agresywnie, tylko twardo. Usłyszałam jego spokojne, miarowe sapanie. Jakby mówił: „Nie cofniesz tego”.
Katka zaczęła częściej pisać. „Możesz mnie zawieźć na badania?” „Możesz wpaść, bo się boję?” Marek też zaczął częściej „przypadkiem” dzwonić. Tłumaczył się formalnościami. A ja, głupia, cieszyłam się, że jeszcze istnieje w moim świecie.
W dzień porodu Katki było zimno, choć to był początek marca. Taki krakowski chłód, co wchodzi w kości, a na chodniku leży szary śnieg z piaskiem. Wzięłam Fado, bo nie chciałam zostawiać go samego na tyle godzin. Przed szpitalem zaciągnęłam mu smycz mocniej. On węszył, bo pachniało kiełbasą z budki i spalinami z autobusów. Wtedy zadzwoniła Katka. Krzyczała do telefonu, że już ją biorą, że jest sama, że „niech Zuza przyjdzie”. Pobiegłam. Smycz mi się wyślizgnęła.
I stało się to, co do dziś wraca do mnie w snach. Fado ruszył w stronę ulicy. Samochód zahamował za późno. Uderzenie nie było filmowe. Było krótkie, brutalne. Pies zwinął się jak szmata. Ja krzyczałam, ale mój głos brzmiał obco.
Wbiegłam do szpitala z nim na rękach. Czułam jego ciężar, ciepły i bezwładny. Krew przesiąkała mi przez rękawy. Zapach krwi mieszał się z chlorowym zapachem szpitalnego korytarza. Recepcjonistka krzyczała, że „tu nie wolno z psem”. Ja tylko powtarzałam: „On oddycha, proszę, on oddycha”. I oddychał, płytko, jakby liczył każdy wdech.
Wtedy zobaczyłam Marka. Stał przy drzwiach porodówki. Miał w ręku tę samą reklamówkę, jaką ja przyniosłam. Mandarynki. Spojrzał na mnie i zbladł. A potem, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, usłyszałam płacz dziecka z sali obok. Katka urodziła.
Pielęgniarka wypchnęła mnie z psem na zewnątrz, mówiąc, że mam jechać do weterynarza, że tu nie. Marek zrobił krok w moją stronę. „Zuza, poczekaj”. A ja już wiedziałam. Nie wiem skąd, ale wiedziałam.
Zawiozłam Fado taksówką, bo tramwaje miały opóźnienia, a ja nie miałam siły czekać na przystanku w tym lodowatym wietrze. Taksówkarz marudził, że „pies pobrudzi”. Dałam mu stówę z góry, choć to było pół moich zakupów na tydzień. W klinice kazali mi podpisać zgodę na badania i od razu zapytali o pieniądze. „Może pani rozłożyć na raty, ale musi pani mieć zaświadczenie o dochodach”. Biurokracja nawet w cierpieniu.
Kiedy Fado leżał na stole, a ja trzymałam jego łapę, czułam pod palcami drżenie mięśni. Weterynarz mówił o stłuczeniach, o podejrzeniu krwawienia wewnętrznego. Ja słyszałam tylko jego oddech. I to, jak jego serce waliło, nierówno, ale uparcie.
Wróciłam do szpitala dopiero wieczorem. Ręce miałam wysuszone od mycia, pachniały mydłem i strachem. Katka leżała blada, spocona, z włosami przyklejonymi do skroni. Na rękach trzymała synka. I wtedy zobaczyłam jego oczy. Nie „podobne”. Takie same jak Marka. Ten sam kształt powiek, to samo spojrzenie, które kiedyś mnie rozbrajało, a teraz było jak uderzenie w żołądek.
Katka próbowała się uśmiechnąć. „Zuza… poznaj Antka”.
Marek stał w kącie. Milczał. W tym milczeniu było przyznanie się do winy.
To był moment, w którym samotność po rozwodzie przestała być tylko pustką. Stała się zdradą, która miała twarz mojego byłego męża i mojej najlepszej przyjaciółki. Poczułam, jak robi mi się niedobrze. Chciałam wyjść, uciec, zniknąć.
I wtedy zadzwoniła klinika. „Pies jest stabilny, ale musi zostać na noc. Koszt będzie większy. Musi pani zdecydować teraz”.
Trzecia decyzja przyszła jak zimna woda. Nie mogłam być w dwóch miejscach. Nie mogłam ratować przyjaźni, której już nie było, i udawać, że nic się nie stało. Powiedziałam do telefonu: „Zostaje. Róbcie wszystko, co trzeba”. A potem, patrząc na Katkę, powiedziałam głośno: „Nie zostanę tu. Nie dzisiaj. Nie z wami”.
Wyszłam. Na korytarzu pachniało zupą z automatu i środkami do dezynfekcji. Miałam wrażenie, że każdy mój krok jest głośny jak wyrok.
Marek dogonił mnie przy windzie. „To nie tak…”.
„Jest dokładnie tak” — odpowiedziałam. I wtedy podjęłam czwartą, też nieodwracalną decyzję, choć wtedy jeszcze nie nazywałam jej wprost: przestałam go chronić. Następnego dnia poszłam do prawnika i dopilnowałam, żeby wszystkie nasze wspólne sprawy zostały domknięte do końca. Bez „dogadamy się”. Bez „jakoś będzie”.
Przez kolejne tygodnie żyłam na autopilocie. Rano praca, potem klinika, potem krótkie spacery z Fado, kiedy już go wypuścili. Wiosna przyszła późno. Na trawnikach przy bloku leżały jeszcze brudne płaty śniegu, a powietrze pachniało mokrą ziemią i dymem z kominów. Fado chodził wolniej. Czasem stawał i opierał się o moją nogę. Czułam jego ciężar przez materiał spodni. Był ciepły. Żywy.
Katka próbowała dzwonić. Pisała, że „chce wyjaśnić”. Że „to się stało dawno”. Że „Marek też cierpi”. Miałam w sobie wściekłość, ale też coś gorszego: tęsknotę za dawną wersją życia, kiedy mogłam komuś ufać.
Pani Bożena przestała wieszać karteczki, kiedy zobaczyła mnie wracającą z kliniki z rachunkiem w ręku i z psem, który ledwo stawiał łapy. Zamiast tego zaczęła czasem mówić „dzień dobry”. Raz nawet podała mi worek karmy, mówiąc: „Mój zmarł, a szkoda wyrzucać”. Nie przeprosiła. Ja też nie. Ale coś się przesunęło.
Najtrudniejsze przyszło miesiąc później, kiedy Fado nagle przestał jeść. Leżał na swoim kocu i oddychał szybciej. Jego brzuch był twardy. W dotyku czułam napięcie, jakby w środku miał kamień. Weterynarz mówił o powikłaniach po urazie. O ryzyku operacji. O kosztach.
Siedziałam w poczekalni, gdzie pachniało mokrą sierścią i tanim odświeżaczem powietrza. Trzymałam smycz tak mocno, że aż bolały mnie palce. I w tamtej chwili zrozumiałam, że ja nie mam już nikogo, kto za mnie podejmie decyzję. Nie Marek. Nie Katka. Tylko ja.
Sprzedałam pierścionek po babci. To była piąta decyzja, też nie do cofnięcia. Zawsze mówiłam, że „to pamiątka”. A potem włożyłam go do koperty w lombardzie na Kalwaryjskiej i wyszłam, czując zapach starego złota i kurzu. Wróciłam do kliniki i zapłaciłam zaliczkę.
Fado przeżył operację. Nie było cudów. Była rekonwalescencja, kołnierz, nocne wstawanie, leki, które śmierdziały chemią. Były też chwile, kiedy miałam go dość. Kiedy szczekał o piątej rano, a ja miałam o siódmej być w pracy. Kiedy sikał ze stresu na dywan, a ja płakałam ze złości. Nie byłam święta. Byłam zmęczona kobietą z Krakowa, która liczy paragony.
Ale któregoś wieczoru, kiedy wróciłam z pracy i w mieszkaniu było zimno, bo kaloryfery znów ledwo grzały, Fado wdrapał się obok mnie na kanapę. Położył łeb na moim brzuchu. Czułam jego równy oddech. Czułam ciepło, które przenikało przez sweter. I nagle cisza przestała być karą. Stała się wyborem.
Katki już nie ma w moim życiu. Z Markiem rozmawiam tylko przez maile o formalnościach. To boli, ale to ból, który przynajmniej nie kłamie. Został pies, który nie uratował mnie piękną historią. Uratował mnie codziennością: spacerem w deszczu, rachunkiem u weterynarza, mokrym nosem na dłoni.
Czasem, gdy mijam szpital na Kopernika, czuję w gardle metaliczny smak tamtego dnia. I myślę, że Fado wpadł pod te koła nie po to, żeby mnie ukarać. Tylko po to, żebym wreszcie przestała czekać, aż ktoś wybierze za mnie.
I teraz pytam was: czy lojalność to trwanie przy ludziach, którzy nas skrzywdzili, czy raczej odpowiedzialność za tych, którzy są od nas zależni, nawet jeśli to „tylko” pies?