Lata na obczyźnie dla ich przyszłości: Kupiłem dzieciom mieszkania, ale nie wpuścili mnie nawet na noc
— Tata, nie możesz tu zostać. — Głos Magdy, mojej najstarszej córki, odbił się echem w pustym przedpokoju jej nowego mieszkania. Stałem z walizką w ręku, zmęczony po dwudziestu godzinach jazdy autokarem z Niemiec, i patrzyłem na nią, próbując zrozumieć, co się właśnie dzieje. W jej oczach nie było ani cienia czułości, tylko chłód i zniecierpliwienie. — Przecież mam tylko jedną noc do przejechania do siebie, Magda. Chciałem cię zobaczyć, pogadać… — próbowałem jeszcze, ale ona już odwracała wzrok, jakby nie mogła znieść mojego spojrzenia.
Nie tak wyobrażałem sobie powrót do Polski. Przez dwadzieścia pięć lat pracowałem na budowach w Niemczech, potem w Holandii, żeby moim dzieciom niczego nie brakowało. Każdy grosz odkładałem, wysyłałem pieniądze, a kiedy tylko mogłem, przywoziłem prezenty. Kupiłem Magdzie i jej bratu, Pawłowi, mieszkania w Warszawie, żeby nie musieli zaczynać od zera. Marzyłem, że kiedy wrócę, będziemy rodziną, że w końcu będę mógł być ojcem, którego zawsze im brakowało. Ale teraz, stojąc na wycieraczce, czułem się jak intruz.
— Tata, ja mam jutro ważne spotkanie, nie mogę się rozpraszać. — Magda mówiła szybko, jakby chciała mieć to już za sobą. — Może następnym razem, dobrze? — dodała, zamykając drzwi niemal przed moim nosem.
Zszedłem na dół, do klatki schodowej, i usiadłem na zimnych schodach. Przez chwilę miałem ochotę zadzwonić do Pawła, ale przypomniałem sobie naszą ostatnią rozmowę. — Tato, nie mam czasu na rodzinne pogadanki. Pracuję, studiuję, mam swoje życie. — To były jego słowa. Wtedy myślałem, że przesadza, że to tylko chwilowe. Teraz zrozumiałem, że to coś więcej.
Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do starego przyjaciela, Zbyszka. — Stary, masz może wolną kanapę? — zapytałem, starając się, by mój głos nie drżał. — Jasne, wpadaj, co się stało? — odpowiedział bez wahania. — Dzieciaki nie mają dla mnie miejsca — powiedziałem cicho, a w gardle poczułem gulę. — Wiesz, Zbyszek, czasem się zastanawiam, po co to wszystko było.
W drodze do niego patrzyłem przez okno autobusu na znajome ulice Warszawy. Wszystko się zmieniło. Bloki, które pamiętałem z dzieciństwa, zniknęły pod nowymi apartamentowcami. Ludzie biegli gdzieś, zapatrzeni w telefony, obojętni na siebie nawzajem. Poczułem się obcy we własnym kraju.
Zbyszek przyjął mnie jak brata. Siedzieliśmy do późna, piliśmy herbatę i wspominaliśmy stare czasy. — Wiesz, Marek, dzieci teraz są inne. Mają swoje życie, swoje sprawy. — próbował mnie pocieszyć. — Ale przecież ja wszystko robiłem dla nich! — wybuchłem. — Nie piłem, nie trwoniłem pieniędzy, nie miałem żadnych kobiet. Pracowałem jak wół, żeby im było lepiej. A teraz nawet nie mają dla mnie miejsca na jedną noc!
Zbyszek milczał przez chwilę, a potem powiedział coś, co zabolało mnie jeszcze bardziej: — Może za długo cię nie było, Marek. Może nie znają cię już tak, jakbyś chciał.
Tej nocy nie mogłem zasnąć. W głowie przewijały mi się obrazy z przeszłości: pierwsze kroki Magdy, uśmiech Pawła, kiedy dostał rower na komunię. Przypomniałem sobie, jak żona, zanim odeszła, powtarzała mi: — Marek, dzieci potrzebują ojca, nie tylko pieniędzy. — Wtedy nie rozumiałem. Myślałem, że zapewniając im wszystko, daję im miłość. Teraz widziałem, jak bardzo się myliłem.
Następnego dnia postanowiłem spróbować jeszcze raz. Pojechałem do Pawła. Zadzwoniłem domofonem, czekając z nadzieją, że może jednak mnie wpuści. — Czego chcesz, tato? — usłyszałem jego głos. — Chciałem cię zobaczyć, porozmawiać. — odpowiedziałem. — Nie mam czasu, jestem zajęty. — rzucił i rozłączył się.
Stałem pod jego blokiem, patrząc na okna, za którymi paliło się światło. Może miał rację Zbyszek? Może za długo mnie nie było? Może nie potrafię już być ojcem?
Wróciłem do siebie, do małego mieszkania na obrzeżach miasta. Przez kolejne dni próbowałem się z nimi kontaktować, ale bez skutku. Magda nie odbierała telefonów, Paweł pisał krótkie, zdawkowe SMS-y. Czułem się coraz bardziej samotny. Zacząłem rozmawiać z sąsiadką, panią Haliną, która opowiadała mi o swoich wnukach. — Wie pan, panie Marku, dzieci teraz są inne. Wszystko mają, ale serca jakby mniej. — westchnęła.
Zacząłem się zastanawiać, gdzie popełniłem błąd. Czy naprawdę można kupić miłość dzieci za pieniądze? Czy obecność jest ważniejsza niż wszystko, co materialne? Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz rozmawiałem z Magdą o czymś innym niż przelewy i rachunki. Kiedy ostatni raz byłem z Pawłem na spacerze, na meczu, na rybach. Nie pamiętałem.
Pewnego wieczoru zadzwoniła Magda. — Tata, musimy porozmawiać. — powiedziała bez emocji. Spotkaliśmy się w kawiarni. Siedziała naprzeciwko mnie, spięta, z telefonem w dłoni. — Wiesz, ja cię szanuję za to, co zrobiłeś. Ale nie możesz oczekiwać, że po tylu latach będziemy rodziną jak z reklamy. Ty byłeś zawsze gdzieś indziej. My nauczyliśmy się żyć bez ciebie. — Jej słowa bolały, ale wiedziałem, że są prawdziwe.
— Przepraszam, Magda. — powiedziałem cicho. — Chciałem dobrze. Chciałem, żebyście mieli lepiej niż ja. — Widziałem, że walczy ze łzami. — Wiem, tato. Ale czasem lepiej mieć mniej, a mieć kogoś blisko. —
Wróciłem do domu z ciężkim sercem. Przez kolejne dni dużo myślałem. O tym, jak łatwo można się zagubić, goniąc za lepszym życiem. O tym, jak trudno odbudować coś, co się zaniedbało przez lata. Czy można jeszcze naprawić relacje z dziećmi? Czy jest dla mnie miejsce w ich życiu?
Czasem patrzę na zdjęcia Magdy i Pawła z dzieciństwa i pytam siebie: czy naprawdę warto było poświęcić wszystko dla ich przyszłości, jeśli teraz nie mam z kim podzielić się swoim życiem? Czy miłość można kupić za mieszkanie, za pieniądze, za lata rozłąki? Może ktoś z was zna odpowiedź, której ja wciąż szukam…