Kiedy Miłość Gaśnie: Historia Małżeństwa, Które Zgubiło Się w Codzienności

– Znowu wracasz tak późno? – zapytałam, patrząc na Bartka, który z hukiem zamknął drzwi i rzucił klucze na komodę. W jego oczach nie było już tej iskry, którą pamiętałam z naszych pierwszych lat razem. Był zmęczony, obojętny, jakby życie przechodziło obok niego, a ja razem z nim.

Pamiętam, jak kiedyś czekałam na niego z kolacją, ubrana w nową sukienkę, z nadzieją, że powie mi coś miłego, że spojrzy na mnie tak, jak dawniej. Ale on nawet nie zauważył. Usiadł przy stole, wyjął telefon i zaczął przeglądać wiadomości. „Zrobiłam twoją ulubioną zupę pomidorową” – powiedziałam cicho, ale odpowiedział mi tylko cichy pomruk.

Z czasem zaczęłam czuć się przezroczysta. Bartek przytył, przestał dbać o siebie, a ja próbowałam go zachęcić do wspólnych spacerów, zdrowego jedzenia, ale zawsze słyszałam to samo: „Nie mam siły”, „Może jutro”, „Daj mi spokój”. Każda moja próba kończyła się kłótnią albo ciszą, która bolała jeszcze bardziej.

Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy razem w salonie, zebrałam się na odwagę:
– Bartek, czy ty mnie jeszcze kochasz?
Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby nie rozumiał pytania. – O co ci chodzi, Anka? Przecież jestem tutaj, nie?
– Ale czy jesteś tu naprawdę? – zapytałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł do kuchni, zostawiając mnie samą z moimi myślami. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że coś się skończyło.

Zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu – na długie spacery po parku, do kawiarni z koleżankami, byle tylko nie siedzieć w tej ciszy, która dusiła mnie od środka. Rozmawiałam z mamą, która próbowała mnie pocieszać, ale jej słowa nie docierały do mnie. „Małżeństwo to ciężka praca, Aniu. Może Bartek ma jakieś problemy, o których nie mówi?” – powtarzała. Ale ja czułam, że to nie są żadne tajemnice, tylko zwykła obojętność.

Pewnego dnia, kiedy wróciłam do domu wcześniej, zobaczyłam Bartka siedzącego na kanapie, wpatrzonego w telewizor. Wokół niego leżały puste opakowania po chipsach i butelki po piwie. Zrobiło mi się przykro, bo wiedziałam, że to nie jest ten sam człowiek, którego pokochałam. Usiadłam obok niego i położyłam mu rękę na ramieniu. – Bartek, proszę cię, zróbmy coś razem. Pójdźmy na spacer, do kina, gdziekolwiek. Ja już nie wytrzymuję tej ciszy między nami.

Westchnął ciężko. – Anka, daj mi spokój. Jestem zmęczony. Praca mnie wykańcza, a ty jeszcze dokładasz swoje. Nie rozumiesz?

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przestałam mówić, przestałam prosić. Zaczęłam żyć obok niego, nie z nim. Każdy dzień był taki sam – on w pracy, ja w pracy, wieczorem kilka słów o niczym, potem każdy w swoim świecie.

Z czasem zaczęłam zauważać, że inni mężczyźni patrzą na mnie z zainteresowaniem. Jeden z kolegów z pracy, Michał, zaprosił mnie na kawę. Rozmawialiśmy godzinami, śmialiśmy się, czułam się znowu ważna, widziana. Ale wiedziałam, że to nie jest rozwiązanie. Nie chciałam zdradzać Bartka, chciałam tylko, żeby mnie zauważył, żeby znowu chciał być ze mną.

Próbowałam jeszcze raz. Kupiłam bilety do teatru, zarezerwowałam stolik w naszej ulubionej restauracji. – Bartek, mam niespodziankę. Pójdziemy razem do teatru, a potem na kolację. Pamiętasz, jak kiedyś tam chodziliśmy?

Spojrzał na mnie z irytacją. – Anka, nie mam na to ochoty. Po co się tak starasz? Przecież jest dobrze, jak jest.

Wtedy zrozumiałam, że dla niego już nie ma znaczenia, czy jesteśmy razem, czy osobno. Przestał walczyć o nas, przestał się starać. A ja nie chciałam być już tylko dodatkiem do jego życia.

Zaczęłam myśleć o rozwodzie. Bałam się, co powiedzą rodzice, znajomi, ale jeszcze bardziej bałam się tego, że za kilka lat obudzę się i nie będę już wiedziała, kim jestem.

Pewnego dnia, kiedy Bartek wrócił z pracy, powiedziałam mu wprost:
– Bartek, ja już tak nie mogę. Czuję się samotna, niewidzialna. Próbowałam wszystkiego, ale ty nawet nie próbujesz. Chcę rozwodu.

Patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu, jakby nie wierzył w to, co słyszy. – Anka, nie przesadzaj. To tylko chwilowy kryzys. Przejdzie.

– To nie jest chwilowy kryzys. To lata obojętności. Ja już nie chcę tak żyć.

Nie próbował mnie zatrzymać. Po prostu wstał i wyszedł z pokoju. Wtedy poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Ulgę, że w końcu powiedziałam to, co czułam od dawna. Smutek, że nasza miłość skończyła się w taki sposób – nie przez zdradę, nie przez wielką kłótnię, tylko przez codzienną obojętność.

Teraz mieszkam sama. Czasem budzę się w nocy i zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy gdybym była bardziej cierpliwa, bardziej wyrozumiała, nasze małżeństwo by przetrwało? A może to po prostu nieuniknione, że miłość gaśnie, jeśli się o nią nie dba?

Czasem patrzę na pary na ulicy i zastanawiam się, ile z nich czuje się tak samo samotnie, jak ja wtedy. Czy naprawdę tak trudno jest rozmawiać, słuchać, być obecnym? Czy to my sami zabijamy miłość przez brak troski, czy po prostu życie jest zbyt trudne, żeby codziennie walczyć o siebie nawzajem?

Może ktoś z was zna odpowiedź. Może ktoś przeżył coś podobnego. Czy warto walczyć do końca, czy lepiej odejść, zanim całkiem się zatraci?