Pod jednym dachem: Kiedy rodzicielstwo staje się ciężarem
– Piotr, możesz wstać do Antka? Ja już naprawdę nie mam siły… – wyszeptałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Była trzecia nad ranem, a nasz synek po raz kolejny obudził się z płaczem. Piotr przewrócił się na drugi bok, mrucząc coś pod nosem. Znowu wszystko spadło na mnie. Wstałam, choć miałam wrażenie, że moje ciało jest zrobione z ołowiu.
W kuchni, przy blasku lodówki, kołysałam Antka, próbując go uspokoić. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Czy tak już będzie zawsze?” Kiedyś wyobrażałam sobie macierzyństwo jako coś pięknego, pełnego czułości i radości. Teraz czułam się jak cień samej siebie. Piotr coraz częściej wracał z pracy późno, tłumacząc się nadgodzinami. Ja zostawałam sama z dzieckiem, z niekończącym się praniem, gotowaniem, sprzątaniem i płaczem.
– Marta, przesadzasz. Inne kobiety też sobie radzą – powiedział pewnego wieczoru, gdy próbowałam mu opowiedzieć, jak bardzo jestem zmęczona. – Może po prostu jesteś za miękka?
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez kolejne dni chodziłam jak otępiała. Przestałam dzwonić do przyjaciółek, bo nie chciałam słyszeć, jak świetnie radzą sobie z macierzyństwem. Moja mama powtarzała: „Kiedyś to się dzieci rodziło i nikt nie narzekał. Ty też dasz radę.”
Ale ja nie dawałam rady. Każdego dnia czułam, jak oddalam się od Piotra. Kiedyś byliśmy drużyną – śmialiśmy się, planowaliśmy podróże, marzyliśmy o wspólnej przyszłości. Teraz rozmawialiśmy tylko o tym, kto kupi pieluchy i kiedy ostatni raz kąpał Antka.
Pewnego wieczoru, gdy Antek wreszcie zasnął, usiadłam na podłodze w łazience i zaczęłam płakać. Tak po prostu. Cicho, żeby nikt nie słyszał. Wtedy Piotr wszedł do łazienki. Spojrzał na mnie zaskoczony, może nawet trochę przestraszony.
– Co się dzieje? – zapytał, ale w jego głosie nie było czułości, tylko zniecierpliwienie.
– Nie wiem… Nie radzę sobie. Czuję się, jakbym była nikim. Jakby wszystko, co robię, było niewystarczające – wyznałam, patrząc w kafelki.
Piotr westchnął. – Przesadzasz. Po prostu musisz się ogarnąć. Każdy ma ciężko.
Wtedy coś we mnie pękło. Przestałam z nim rozmawiać. Przestałam prosić o pomoc. Zaczęłam robić wszystko sama, ale coraz częściej łapałam się na tym, że nie mam siły nawet wstać z łóżka. Antek płakał, ja płakałam razem z nim.
Któregoś dnia zadzwoniła do mnie Ola, moja przyjaciółka jeszcze z liceum. – Marta, słyszałam od twojej mamy, że nie jest ci łatwo. Może chcesz się spotkać? – zaproponowała. Najpierw chciałam odmówić, ale coś mnie tknęło. Zgodziłam się.
Spotkałyśmy się w kawiarni. Ola od razu zauważyła, że coś jest nie tak. – Wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodni – powiedziała z troską. – Chcesz o tym pogadać?
I wtedy się otworzyłam. Opowiedziałam jej wszystko – o zmęczeniu, o Piotrze, o tym, jak bardzo czuję się samotna. Ola słuchała, nie przerywała. Na koniec powiedziała: – Marta, to nie jest twoja wina. Może powinnaś porozmawiać z kimś profesjonalnym? Psycholog, terapeuta…
Wróciłam do domu z myślą, że może rzeczywiście potrzebuję pomocy. Ale jak powiedzieć o tym Piotrowi? Przecież on uważał, że przesadzam. Przez kilka dni zbierałam się na odwagę. W końcu, pewnego wieczoru, gdy Antek już spał, usiadłam naprzeciwko Piotra.
– Piotr, muszę ci coś powiedzieć. Myślę, że potrzebuję pomocy. Chciałabym pójść do psychologa.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Co ty wymyślasz? Psycholog? Przecież nie jesteś wariatką. Po prostu musisz się wziąć w garść.
Poczułam, jak ogarnia mnie złość. – Nie rozumiesz mnie. Nie chcesz nawet spróbować zrozumieć. Ja już nie daję rady!
– To może powinnaś się zastanowić, czy w ogóle chcesz być matką – rzucił, wychodząc z pokoju.
Te słowa bolały mnie bardziej niż cokolwiek innego. Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Ja zamknęłam się w sobie, Piotr coraz częściej wychodził z domu. Czułam, że wszystko się sypie.
W końcu, po kolejnej nieprzespanej nocy, zadzwoniłam do poradni psychologicznej. Umówiłam się na wizytę. Bałam się, ale wiedziałam, że muszę coś zrobić dla siebie i dla Antka.
Na pierwszym spotkaniu z psycholożką, panią Magdą, rozpłakałam się już na wejściu. – Mam wrażenie, że jestem najgorszą matką na świecie – powiedziałam. – Mój mąż uważa, że przesadzam. Moja mama mówi, że kiedyś kobiety nie narzekały. A ja nie mam już siły.
Pani Magda słuchała mnie uważnie. – Marta, to, co pani czuje, to nie jest nic wstydliwego. Wiele kobiet przechodzi przez podobne trudności. To nie jest pani wina. Ważne, że pani szuka pomocy.
Po tej rozmowie poczułam ulgę. Ktoś mnie wysłuchał, nie ocenił, nie kazał się „ogarnąć”. Zaczęłam regularnie chodzić na terapię. Powoli uczyłam się, że mam prawo do słabości, do zmęczenia, do proszenia o pomoc.
Piotr początkowo był wściekły. – Po co ci to? Wydajesz pieniądze na głupoty – mówił. Ale ja już nie chciałam się tłumaczyć. Zaczęłam stawiać granice. – Jeśli nie chcesz mi pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzaj – powiedziałam mu pewnego dnia.
Z czasem zauważył, że się zmieniam. Byłam spokojniejsza, mniej wybuchowa. Zaczęłam znowu rozmawiać z przyjaciółkami, wychodzić na krótkie spacery, dbać o siebie. Antek też stał się spokojniejszy, jakby wyczuwał moją zmianę.
Pewnego wieczoru Piotr przyszedł do mnie i powiedział cicho: – Przepraszam. Nie rozumiałem, jak ci ciężko. Może ja też powinienem z kimś pogadać?
To był pierwszy krok. Zaczęliśmy powoli odbudowywać nasze małżeństwo. Nie było łatwo – wciąż się kłóciliśmy, wciąż bywały dni, kiedy miałam ochotę uciec. Ale już nie byłam sama. Wiedziałam, że mogę prosić o pomoc, że nie muszę być idealna.
Dziś, patrząc na Antka, który bawi się na dywanie, czuję wdzięczność. Za to, że nie poddałam się, że odważyłam się być słaba. Za to, że nauczyłam się mówić o swoich potrzebach.
Czasem zastanawiam się, ile kobiet w Polsce przechodzi przez to samo, ale boi się przyznać do swoich uczuć. Dlaczego tak trudno nam prosić o pomoc? Czy naprawdę musimy być zawsze silne? A może właśnie w tej naszej kruchości tkwi prawdziwa siła?
Co Wy o tym myślicie? Czy mieliście odwagę poprosić o pomoc, kiedy było Wam naprawdę ciężko?