Dom na Wiśniowej: Moja historia o utracie i odnalezieniu nadziei

Pobudka była brutalna i nagła – huk wyważanych drzwi rozdarł ciszę zimowej nocy. Lena krzyknęła przez sen, Filip zbladł i wcisnął się pod kołdrę, a moje serce pękło z bezsilności. W kilka chwil wszystko, co jeszcze uważałam za swoje, zniknęło pod ciężarem obcych rąk. Komornik stał w progu, obok niego właściciel, któremu przez trzy miesiące nie byłam w stanie zapłacić czynszu od czasu, gdy straciłam drugą pracę. „Proszę się nie bać, ale musicie opuścić mieszkanie. Teraz.” – powiedział ten, który miał mi pomagać, a brzmiał jak obcy. Trzymałam dzieci za ręce, ich palce były drobne i zimne. Nie pamiętam już, jak znalazłam się na klatce schodowej z reklamówkami, w których upchnęłam tyle, ile się dało: ciepłe swetry, ich zdjęcia z wycieczek, portret mamy, zeszyty z zadaniami, szczoteczki do zębów…