Teściowa wyśmiała mnie przy dzieciach, a mąż znów powiedział: „Mama już taka jest”. Tego wieczoru spakowałam walizki
— Nawet ziemniaków nie umiesz ugotować? — Krystyna uniosła pokrywkę i skrzywiła się, jakby poczuła zapach spalenizny. — Paweł od dziecka lubił miękkie. Ile razy mam ci mówić?
Stałam przy zlewie z mokrymi rękami. Za ścianą Zosia odrabiała lekcje, a sześcioletni Kuba układał klocki na podłodze. Oboje nagle ucichli.
— Są jeszcze niedogotowane, bo obiad będzie za pół godziny — odpowiedziałam.
— Zawsze masz jakieś wytłumaczenie.
Wtedy wszedł Paweł. Spojrzałam na niego z nadzieją, choć dobrze wiedziałam, co usłyszę.
— Mamo, daj spokój. Marta, ty też się nie nakręcaj. Mama już taka jest.
Te cztery słowa przez lata zamykały każdą rozmowę.
Krystyna zamieszkała z nami po śmierci teścia. Miało być na kilka miesięcy, dopóki nie stanie na nogi. Mieszkanie było jej, bo Paweł dostał je od rodziców jeszcze przed naszym ślubem. Często mi o tym przypominała.
— Pamiętaj, że dach nad głową macie dzięki mnie — mówiła, przesuwając palcem po półce w poszukiwaniu kurzu.
Na początku próbowałam ją zrozumieć. Była samotna, przeżywała żałobę. Robiłam jej herbatę, jeździłam z nią do przychodni, oddałam jej naszą sypialnię, a sama z Pawłem przeniosłam się do małego pokoju. Tylko że miesiące zamieniły się w lata.
Krystyna sprawdzała kosz na śmieci, komentowała rachunki i zaglądała do moich zakupów. Gdy kupiłam dzieciom truskawki w lutym, powiedziała, że przez takie fanaberie nigdy niczego nie odłożymy. Kiedy zmieniłam Kubie przedszkole, zadzwoniła do swojej siostry i przy mnie oznajmiła, że „synowa robi z dziecka odludka”.
Najgorsze było to, że zaczęłam wątpić w siebie. Przed powrotem z pracy czułam ucisk w żołądku. Otwierałam drzwi i od razu patrzyłam, czy buty stoją równo, czy naczynia są schowane, czy pralka nie pracuje w godzinach, które Krystyna uważała za zbyt drogie.
Paweł widział, jak wieczorami płaczę w łazience.
— Porozmawiaj z nią — prosiłam.
— I co mam zrobić? Wyrzucić własną matkę? Trochę cierpliwości, Marta. Ona nie ma nikogo.
— A ja mam ciebie?
Milczał. Zawsze milczał.
Tamtego dnia poszło o ziemniaki, ale naprawdę nie chodziło o obiad. Krystyna zabrała talerz Kuby i wyrzuciła jedzenie do kosza.
— Babciu, ja chciałem zjeść — powiedział cicho.
— Mama znów zrobiła byle co. Usmażę ci jajko.
Coś we mnie pękło.
— Nie będziesz podważać mnie przy dzieciach.
Krystyna odwróciła się powoli.
— W moim domu będę mówiła, co uważam.
— To jest też mój dom.
Roześmiała się. Krótko i pogardliwie.
— Twój? Marta, ty tu nawet jednej cegły nie kupiłaś.
Paweł westchnął i przetarł twarz dłonią.
— Przestańcie obie. Człowiek wraca zmęczony, a tu awantura o kartofle.
— To nie jest awantura o kartofle! — krzyknęłam. — Twoja matka od lat mnie poniża, a ty udajesz, że nie widzisz.
— Nie przesadzaj.
Te słowa zabolały bardziej niż wszystko, co mówiła Krystyna.
Poszłam do pokoju, wyciągnęłam walizkę spod łóżka i zaczęłam pakować ubrania dzieci. Ręce trzęsły mi się tak mocno, że nie mogłam zapiąć zamka.
Paweł stanął w drzwiach.
— Co ty robisz?
— Wyprowadzam się.
— Dokąd? Za co będziesz żyła? Przecież ledwo spinamy miesiąc.
Miał rację. Zarabiałam niewiele w szkolnym sekretariacie. Miałam odłożone dwa tysiące złotych i niewielki limit na karcie. Zadzwoniłam jednak do siostry, Anny. Powiedziała tylko:
— Przyjeżdżaj. Jakoś się pomieścimy.
Krystyna patrzyła z korytarza.
— Dzieci zostają — oznajmiła. — Nie będziesz ich ciągać po cudzych mieszkaniach przez swoje humory.
Wtedy Zosia wstała od biurka i chwyciła mnie za rękę.
— Ja jadę z mamą.
Paweł pobladł. Chyba dopiero wtedy zrozumiał, że to nie jest kolejna sprzeczka, po której zrobię kolację i nastawię pranie.
— Marta, porozmawiajmy jutro.
— Prosiłam o rozmowę przez cztery lata.
U Anny spaliśmy we troje na rozkładanej kanapie. Przez pierwszą noc prawie nie zmrużyłam oka. Bałam się pieniędzy, rozwodu, sądu i tego, że dzieci będą miały mi za złe. A jednak rano obudziłam się bez ucisku w klatce piersiowej. Nikt nie sprawdził, jak pokroiłam chleb. Nikt nie skomentował bałaganu.
Paweł dzwoni codziennie. Mówi, że matka płacze, że przesadziłam i że możemy wrócić, jeśli „wszyscy trochę odpuścimy”. Nadal nie powiedział jej, że to ona przekroczyła granice.
Czy naprawdę rozbiłam rodzinę, odchodząc? A może rodzina rozpadła się dużo wcześniej, kiedy mój mąż uznał, że mój ból jest łatwiejszy do zniesienia niż gniew jego matki?