Oddałam tatę do domu opieki, bo nie dawałam już rady. Rodzeństwo nazwało mnie wyrodną córką, choć sami nie chcieli go zabrać nawet na weekend
— Żywego ojca oddajesz obcym ludziom? Mama by się w grobie przewróciła.
Dorota stała w mojej kuchni w płaszczu. Nawet go nie zdjęła. Piotr siedział przy stole i obracał telefon w dłoniach. Za ścianą tata wołał, żebym pomogła mu usiąść.
— To idź do niego — powiedziałam do siostry.
Spojrzała na mnie, jakbym ją uderzyła.
— Nie o tym rozmawiamy.
Właśnie o tym rozmawialiśmy. Tylko od dwóch lat nikt poza mną nie chciał tego zrozumieć.
Po udarze tata zamieszkał u nas. Miał siedemdziesiąt osiem lat, niedowład lewej strony i problemy z połykaniem. Potrzebował pomocy przy myciu, ubieraniu, jedzeniu. W nocy czasem nie pamiętał, gdzie jest, i próbował sam wstawać.
Pracowałam w księgowości spółdzielni. Mój mąż, Marek, jeździł samochodem dostawczym. Nasza córka Zosia miała jedenaście lat i nauczyła się odrabiać lekcje przy słuchawkach, bo dziadek słuchał telewizora bardzo głośno.
Na początku wszyscy mówili: „Jakoś się podzielimy”.
Dorota mieszkała czterdzieści minut drogi od nas. Piotr niecałe pół godziny. Przez pierwsze tygodnie przywozili zakupy, pytali o lekarzy. Potem siostra miała remont, brat problemy w pracy. Zostawały wiadomości: „Jak tata?” i serduszko pod zdjęciem z jego urodzin.
Ja miałam tatę codziennie.
Kochałam go. Nadal kocham. Tylko miłość nie sprawiała, że przestawały boleć plecy, kiedy trzeci raz jednej nocy zmieniałam pościel.
Raz zasnęłam w pracy nad zestawieniem opłat. Kierowniczka zamknęła drzwi pokoju i zapytała, czy potrzebuję pomocy. Rozpłakałam się tak gwałtownie, że nie mogłam odpowiedzieć.
Wieczorem Marek znalazł mnie na podłodze w łazience. Tata osunął mi się podczas przenoszenia. Nic mu się nie stało, ale ja nie mogłam go podnieść.
— Tak dalej nie może być — powiedział mąż, kiedy już położyliśmy tatę.
— To co mam zrobić?
Nie odpowiedział od razu. Usiadł obok mnie i zdjął mi mokry rękaw z nadgarstka.
Tydzień później Zosia zapytała, czy znowu zapomnę przyjść na jej występ.
Nie krzyczała. To było najgorsze.
Zaczęłam szukać opieki. Pielęgniarka, która przychodziła do taty, powiedziała wprost, że potrzebuje regularnej rehabilitacji i stałego nadzoru. Odwiedziłam trzy prywatne placówki. W pierwszej pachniało moczem, w drugiej nie chciano pokazać mi pokoi. Z trzeciej wyszłam i pierwszy raz od dawna poczułam ulgę.
Mieli dyżurującą pielęgniarkę, rehabilitanta i ogród. Miesięczny koszt wynosił sześć tysięcy osiemset złotych. Emerytura taty pokrywała niecałą połowę. Resztę mieliśmy dopłacać z Markiem, rezygnując z remontu kuchni i odkładając mniej na czarną godzinę.
Napisałam do rodzeństwa. Zaproponowałam też drugie rozwiązanie: opiekunka w domu i konkretny grafik naszych dyżurów.
Dorota odpisała: „Nie będę płacić za twoją wygodę”.
Piotr zadzwonił, że przesadzam, bo tata „przecież głównie leży”.
Dlatego zaprosiłam ich do kuchni. Położyłam na stole koszty, zalecenia i pustą kartkę z dniami tygodnia.
— Wpiszcie, kiedy przychodzicie. Wtedy tata zostaje.
Nikt nie sięgnął po długopis.
— Ty zawsze wszystko sprowadzasz do pieniędzy — rzuciła Dorota.
— Nie. Do tego, kto go umyje we wtorek.
Piotr wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o szafkę.
— Rób, co chcesz. Ale nie mów potem, że to wspólna decyzja.
Najtrudniej było powiedzieć tacie. Trzymałam w rękach jego sprany sweter i nie umiałam zacząć.
— Wyrzucasz mnie? — zapytał cicho.
Usiadłam przy nim.
— Nie, tato. Ja już sobie nie radzę. Boję się, że zrobię ci krzywdę, choćby przez to, że zasnę.
Patrzył w okno. Potem poprosił, żebym zostawiła go samego.
Przez pierwsze dni w ośrodku dzwoniłam po kilka razy. Tata pytał, kiedy przyjadę. Wracałam od niego z zaciśniętym gardłem i siedziałam pod blokiem, zanim weszłam do domu.
Po miesiącu zastałam go przy stole z panem Stanisławem. Kłócili się o domino. Tata miał świeżo ogoloną twarz i koszulę, którą wcześniej odmawiał zakładać.
— Zjedz z nami zupę — powiedział. — Dzisiaj ogórkowa, prawie jak u mamy.
Dopiero przy wyjściu złapał mnie za rękę.
— Ja nie mam do ciebie żalu, córcia. Tylko przyjeżdżaj.
Przyjeżdżam. Czasem sama, czasem z Zosią. Mogę posiedzieć obok niego, zamiast bez przerwy sprawdzać zegarek i listę leków.
Dorota usunęła mnie z rodzinnej grupy. Piotr przestał odbierać. O wspólnej Wigilii dowiedziałam się od ciotki, już po świętach. Podobno uznali, że „potrzebujemy od siebie odpocząć”.
Tata pyta o nich rzadziej. Ja nadal zostawiam w telefonie miejsce na wiadomość, która nie przychodzi.
Czy naprawdę wyrzekłam się ojca, skoro wreszcie mogę być przy nim córką, a nie wyczerpaną opiekunką? I dlaczego najłatwiej osądzać tym, którzy nigdy nie zostali na noc?