Przez trzy miesiące opiekowałam się teściową. Kiedy wsunęła mi do torby kopertę, wykrzyczałam to, co tłumiłam przez dwanaście lat
— Proszę to zabrać. Nie jestem pani opiekunką na godziny.
Położyłam kopertę obok talerza z rozgniecionymi ziemniakami. Teściowa próbowała przytrzymać ją lewą dłonią, ale papier zsunął się na podłogę. Prawa ręka od udaru nadal prawie jej nie słuchała.
— To za twoje chodzenie tutaj — powiedziała. — Trzy tysiące. Mało?
Właśnie to „mało” mnie dobiło.
— A ile kosztuje powiedzenie, że jestem dla pani ważna?
Zacisnęła usta. Znałam ten wyraz twarzy od dwunastu lat.
Kiedy wyszłam za Pawła, jego mama sprawdziła cenę mojej sukienki poprawinowej. Metka została przy zamku.
— Czterysta złotych na jeden dzień? Paweł będzie musiał pilnować pieniędzy.
Powiedziała to przy mojej mamie. Roześmiałam się wtedy, żeby nie robić przykrości mężowi. Potem śmiałam się jeszcze wiele razy, choć wcale nie było mi wesoło.
Pani Irena potrafiła zajrzeć do lodówki i policzyć, ile wyrzucamy na jogurty. Buty dla córki były za drogie, fryzjer niepotrzebny, a kawa kupiona na dworcu świadczyła o braku rozsądku.
Pracowałam w szkolnym sekretariacie. Wiedziałam, ile kosztuje życie. Co miesiąc rozpisywałam ratę kredytu, czynsz, obiady Zosi i paliwo. Czasami kupowałam sobie krem bez promocji. Naprawdę, aż tyle.
Paweł zwykle mówił:
— Nie przejmuj się. Ona tak okazuje troskę.
Tylko dlaczego po tej trosce zawsze czułam się głupsza?
Udar przyszedł w lutym. Teściowa zasłabła w kuchni, a sąsiadka usłyszała tłuczoną szklankę. Potem były szpital, rehabilitacja i wypis z długą listą zaleceń.
Paweł pracował na zmiany w zakładzie pod miastem. Rano pomagał mamie wstać, wieczorem robił zakupy. Ja wychodziłam z pracy przed piętnastą, więc reszta jakoś sama przypadła mnie.
Podgrzewałam obiad, pilnowałam leków, pomagałam jej się umyć. Woziłam ją do przychodni i ćwiczyłam z nią chwytanie klamerek. Zrezygnowałam z basenu, potem z sobotnich spotkań z siostrą. Zosia zaczęła pytać, czy babcia już zawsze będzie ważniejsza.
Najgorzej wspominam dzień, kiedy teściowa nie zdążyła do toalety. Rozpłakała się ze wstydu i kazała mi wyjść.
— Nic się nie stało — powiedziałam, zdejmując mokry chodnik.
Chwyciła mnie wtedy za nadgarstek. Myślałam, że coś powie. Ale tylko odwróciła głowę.
Trzy miesiące później dostałam kopertę.
— Nie chciałam pani pieniędzy — powiedziałam teraz, patrząc na nią przez stół. — Chciałam, żeby przestała pani traktować mnie jak kogoś, kto czyha na portfel Pawła.
— Nigdy tak nie powiedziałam.
— Nie tymi słowami.
Zadzwonił czajnik. Wyłączyłam go za mocno, aż pokrywka podskoczyła.
— Kiedy ostatnio zapytała pani, jak ja się czuję?
Milczała.
— Właśnie.
Wyszłam, zanim zaczęła odpowiadać. Na klatce schodowej musiałam usiąść na stopniu. Trzęsły mi się ręce, a w głowie miałam jedno: zostawiłam chorą kobietę samą przez głupią kopertę.
Wieczorem Paweł wrócił od matki spięty.
— Płakała. Chciała ci podziękować.
— A ja od lat chcę, żebyś mnie usłyszał.
Wyciągnęłam kalendarz. Pokazałam wizyty, ćwiczenia, odbiory recept. Przy środzie miałam zapisane własne badanie, przełożone już drugi raz.
Paweł usiadł.
— Nie wiedziałem, że aż tyle.
— Bo nie pytałeś. A ja mówiłam, że dam radę. No i tak to wyszło.
Następnego dnia zadzwonił do ośrodka pomocy społecznej zapytać o usługi opiekuńcze. Ustaliliśmy też dyżury. Pierwszy raz od lutego sobotę miałam wolną.
Do teściowej poszłam w niedzielę. Koperta leżała na stole.
— Jak mój mąż umierał, nie mieliśmy na dojazdy do szpitala — zaczęła bez powitania. — Pożyczałam od sąsiadki. Potem obiecałam sobie, że już nigdy nie będę nikogo prosić.
Usiadłam, ale nie zdjęłam kurtki.
— Rozumiem, że pieniądze dają pani spokój. Tylko ja przez te uwagi nie mam spokoju od lat.
Przesuwała palcem po brzegu obrusu.
— Myślałam, że ci ulżę. Paweł mówił, że wzięłaś wolne bezpłatne na moją rehabilitację.
To akurat była prawda. Straciłam część pensji i nikomu się nie przyznałam, jak bardzo brakowało mi tej kwoty.
— Mogła pani zapytać, czy potrzebuję zwrotu. Nie wyceniać mnie po wszystkim.
— Mogłam — powiedziała cicho. — I za te buty Zosi też nie powinnam była gadać.
Nie przytuliłyśmy się. Nie umiałam jeszcze.
Zgodziłam się przyjąć zwrot za utracone dniówki i dojazdy. Resztę pieniędzy odłożyła. Potem zapytała, czy zostanę na herbatę, chociaż nie było już nic do zrobienia.
Zostałam.
Nadal uczę się przyjmować jej troskę, a ona uczy się nie zaglądać do moich rachunków. Czy można kochać kogoś po swojemu i nie zauważać, jak bardzo się go przy tym rani?