Gdy ojciec nas zostawił, braliśmy chleb „na zeszyt”. Po latach przy tej samej ladzie stanął chłopiec, w którym zobaczyłam siebie
— Odłóż ten ser. Na chleb też nie wystarczy — powiedziałam do brata, za głośno, przy całej kolejce.
Bartek znieruchomiał. Miał dwanaście lat i kurtkę z rękawami kończącymi się nad nadgarstkami. Położył opakowanie na ladzie tak ostrożnie, jakby mogło wybuchnąć. W dłoni trzymałam dwa złote i kilkanaście groszy. Za nami ktoś westchnął.
Pani Zofia wyjęła spod kasy zeszyt.
— Weźcie ser. I mleko. Zapiszę.
— Mama odda po wypłacie — skłamałam.
Mama od trzech miesięcy nie miała wypłaty. Miała raka, reklamówkę leków i miskę przy łóżku.
Ojciec wyszedł w listopadzie. Powiedział, że jedzie do pracy pod Poznań. Zabrał większą torbę, ale wtedy tego nie zauważyłam. Dopiero później odkryłam puste miejsce po jego maszynce do golenia.
Przez pierwszy tydzień odbierał telefon. W drugim obiecywał przelew. W trzecim numer był już niedostępny.
Zostaliśmy we troje na czwartym piętrze starego bloku z wielkiej płyty, w małym mieście, gdzie wszyscy wiedzieli, że ojciec odszedł, ale niewielu pytało, czy mamy co jeść.
Z szuflady zaczęły wychodzić niezapłacone rachunki. Czynsz, prąd, ponaglenia. Ojciec mówił mamie, że wszystko reguluje. Ona między badaniami a chemioterapią zwyczajnie mu wierzyła.
Miałam siedemnaście lat. Rano technikum, później apteka, zakupy, gotowanie. Wieczorami sprzątałam klatki w dwóch sąsiednich blokach. Zasiłek mamy i pomoc z ośrodka nie wystarczały, a na alimenty trzeba było czekać.
Bartek zaczął powtarzać, że nie jest głodny.
Pewnego wieczoru znalazłam go w kuchni. Skrobał nożem margarynę z pustego pudełka. Kiedy mnie zobaczył, schował ręce za plecami.
— Tylko sprawdzałem, czy jeszcze jest.
Usiadłam na podłodze obok lodówki i pierwszy raz rozpłakałam się przy nim. Nie tak chciałam, no ale już nie mogłam.
Od tamtego dnia chodziliśmy do pani Zofii. Chleb, mleko, ziemniaki, czasem jajka. Wszystko trafiało do zeszytu w granatowej okładce.
Najgorsze nie było proszenie. Najgorsze było nasłuchiwanie, czy ktoś za plecami nie powie: „Znowu oni”.
Raz sąsiadka zapytała przy kasie:
— A tatuś gdzie? Na dzieci powinien dawać.
Pani Zofia zamknęła szufladę z pieniędzmi.
— Pani Halino, osiemnaście pięćdziesiąt. Resztę rozmowy proszę prowadzić gdzie indziej.
Przez całą drogę do domu ściskałam siatkę tak mocno, że uchwyty przecięły mi skórę.
Mama dowiedziała się o zeszycie od Bartka. Kazała mi przynieść portfel. Wysypała na kołdrę drobne i zaczęła liczyć, ale palce jej drżały.
— Nie będziemy żyć z litości.
— To z czego? — wyrwało mi się. — Powiedz mi, z czego mam jutro zrobić śniadanie?
Spojrzała na mnie i odwróciła twarz do ściany.
Do dziś pamiętam ten ruch. Bardziej niż własny głód.
Wiosną przyniosłam do sklepu sto złotych zarobione za sprzątanie po remoncie. Pani Zofia odsunęła banknot.
— Kup mamie leki.
— Ale zeszyt…
Wyjęła go, odnalazła naszą stronę i przekreśliła kolumnę kwot.
— Nie macie u mnie długu.
Stałam bez słowa. Ona poprawiała cenówki, jakby właśnie powiedziała mi, że jutro będzie świeża dostawa jabłek.
— Kiedyś pomożesz komuś innemu. Tylko najpierw sami stańcie na nogi.
Nie stało się to szybko. Mama przeszła operację, potem długą rehabilitację. Została na rencie. Skończyłam szkołę, pracowałam w piekarni, później w magazynie. Bartek zdobył zawód elektryka. Zaległości za mieszkanie spłacaliśmy ratami przez kilka lat.
Ojciec odezwał się dopiero, kiedy byłam dorosła. Napisał, że chciałby „zamknąć stare sprawy”. Bartek chciał go zobaczyć. Pokłóciliśmy się o to okropnie.
— Ty miałaś tatę dłużej — powiedział. — Ja chcę chociaż usłyszeć dlaczego.
Nie umiałam mu zabronić. Sama nie poszłam.
Do sklepu pani Zofii trafiłam po zamknięciu magazynu. Potrzebowała pracownicy, ja pracy blisko mamy. Na początku wstydziłam się stawać za ladą, przy której kiedyś błagałam wzrokiem o bochenek.
Potem przyszedł Kuba z sąsiedniego bloku.
Położył bułki, pasztet i garść monet. Przeliczył je dwa razy.
— To bez pasztetu — mruknął. — Mama jutro dostanie pieniądze.
Znałam tę obietnicę. I ten sposób patrzenia w podłogę.
— Zostaw. Dzisiaj ja płacę.
— Ale ja oddam.
— Dobrze. Kiedy będziesz mógł.
Nie pytałam go przy ludziach o dom. Włożyłam zakupy do torby, a po jego wyjściu dołożyłam do kasy pieniądze z własnego portfela.
Pani Zofia stała przy regale. Nic nie powiedziała. Tylko na chwilę położyła mi dłoń na ramieniu.
Przez lata myślałam, że muszę oddać pieniądze właśnie jej. Teraz myślę, że chodziło o to, żeby ktoś następny nie musiał odkładać jedzenia przy całej kolejce.