Nasza córka miała prawie czterdzieści stopni gorączki, a mój mąż wkładał buty, żeby zawieźć matkę na zakupy
— Jeśli teraz wyjdziesz, nie mów mi więcej, że jesteśmy dla ciebie najważniejsze.
Paweł zastygł z butem opartym o szafkę. Za ścianą Hania znowu zaczęła kaszleć. Termometr pokazał przed chwilą trzydzieści dziewięć i siedem. Od rana prawie nic nie piła, a ja miałam na koszulce plamę po zwymiotowanym syropie.
— Przecież nie jedziesz z nią do szpitala — powiedział. — Mama prosi tylko o godzinę.
— A ja proszę, żebyś został z własnym dzieckiem.
Telefon zawibrował mu w dłoni. Na ekranie zobaczyłam: „Mama”.
Jeszcze trzy lata wcześniej odebrałabym od niego kurtkę i powiedziała, żeby jechał ostrożnie. Naprawdę taka byłam. Uważałam, że dobry syn będzie dobrym mężem. Po śmierci teścia rozumiałam samotność Zofii. Zapraszałam ją w niedziele, woziłam zupę, pamiętałam o imieninach.
Tylko że jej samotność z czasem zaczęła wyznaczać godziny naszego życia.
Kiedy Paweł kąpał Hanię, dzwoniła, że ciśnienie wyniosło sto czterdzieści pięć i nie wie, czy zasypiać. Gdy mieliśmy rocznicę ślubu, akurat potrzebowała pomocy przy telewizorze. Na rutynowe pobranie krwi nie mogła pojechać autobusem, chociaż dzień wcześniej sama dotarła na drugi koniec miasta po tańsze pelargonie.
Nie twierdzę, że udawała wszystko. Bolały ją kolana, miała leki na nadciśnienie. Ale każda dolegliwość stawała się nagła dokładnie wtedy, kiedy my czegoś potrzebowaliśmy.
Paweł mówił zawsze to samo:
— Ona ma tylko mnie.
A ja? A Hania?
Tego dnia siedziałam z córką w przychodni ponad dwie godziny. Lekarka zaleciła pilnowanie płynów, lek przeciwgorączkowy według wagi i obserwację oddechu. Hania usnęła mi na kolanach, ciężka i rozpalona. Nie mogłam nawet wyjąć telefonu z torebki.
Paweł miał wrócić wcześniej. Obiecał przejąć małą, żebym mogła się umyć i przespać choć godzinę. W pracy zamienił zmianę z kolegą. Pierwszy raz od dawna poczułam, że nie jestem z tym sama.
Wszedł z chlebem, mlekiem i telefonem przy uchu.
Zofia potrzebowała zakupów oraz podwiezienia do apteki. Kończył jej się preparat na stawy. Potem przyznała, że zostało jeszcze pół opakowania, ale nazajutrz zapowiadali deszcz.
— Mogę jej zamówić zakupy — zaproponowałam.
— Ona nie lubi obcych pod drzwiami.
— To zawieź jutro.
— Nie zaczynaj, proszę. Mówi, że coś ją dzisiaj kłuje.
— Gdzie?
Nie wiedział.
Właśnie wtedy poszedł po buty.
Kiedy powiedziałam, żeby nie wychodził, spojrzał na mnie tak, jakbym kazała mu porzucić chorą matkę na ulicy.
— Jesteś zazdrosna o starszą kobietę?
To zdanie zabolało bardziej niż cała reszta.
— Nie. Jestem zmęczona byciem jedynym dorosłym w tym domu, któremu nie wolno powiedzieć, że nie daje rady.
Głos mi się załamał. Wytarłam nos rękawem, ze złością, bo nie chciałam płakać. Nie teraz.
— Kiedy ostatnio zapytałeś, czy coś jadłam? — spytałam. — Dzwonisz do mamy trzy razy dziennie. Wiesz, jaki miała wynik ciśnienia. Wiesz w ogóle, co powiedziała lekarka o Hani?
Otworzył usta, ale córka zawołała:
— Tatusiu, zostaniesz?
Nie powiedziała tego rozpaczliwie. Po prostu zapytała. I chyba właśnie dlatego zdjął but.
Usiadł przy niej. Przyłożył dłoń do jej czoła, potem spojrzał na kubek z wodą i miskę obok łóżka. Ja zostałam w przedpokoju. Ręce tak mi drżały, że nie mogłam poprawić przekrzywionej wycieraczki.
Telefon zadzwonił po raz czwarty.
Paweł odebrał przy mnie.
— Mamo, dzisiaj nie przyjadę. Hania jest chora.
Usłyszałam podniesiony głos, choć nie włączył głośnika.
— Nie, nie dlatego, że ona mi zabrania. Ja zdecydowałem.
Zapadła cisza.
— Jeżeli to nagły problem ze zdrowiem, powiedz dokładnie, co się dzieje. Zadzwonimy po pomoc. Ale zakupy zrobię jutro.
Potem odsunął telefon od ucha. Matka się rozłączyła.
Nie rzuciłam mu się na szyję. Byłam za bardzo poraniona, żeby jedno zdanie wszystko naprawiło.
— Boję się, że jutro znowu będę tą złą — powiedziałam.
— Pewnie będziesz. Dla niej. Ale nie powinienem cię z tym zostawiać.
Tamtej nocy zmienialiśmy się przy Hani. O trzeciej Paweł przyniósł mi herbatę i kanapkę. Dopiero kiedy zaczęłam jeść, zorientowałam się, jak bardzo byłam głodna.
Zofia obraziła się na tydzień. Potem powiedziała, że syn się zmienił. Miałam ochotę odpowiedzieć, ale Paweł zrobił to pierwszy:
— Nadal ci pomogę, mamo. Tylko nie zawsze od razu.
Wciąż czasem nerwowo zerka na telefon podczas kolacji. Wciąż rozmawiamy o tamtym wieczorze, bo przez lata nazbierało się więcej, niż chciałam przyznać.
Nie chcę, żeby przestał kochać matkę. Czy naprawdę proszę za dużo, chcąc, żeby dla mnie i naszej córki też potrafił zostać?