Spotkałem byłą żonę w kolejce do onkologa. Dopiero wtedy dowiedziałem się, dlaczego naprawdę ode mnie odeszła

— Tylko nie rób tutaj sceny — powiedziała Agnieszka, kiedy stanąłem przed nią na szpitalnym korytarzu.

Trzymała na kolanach foliową teczkę. Spod chustki nie wystawał ani jeden włos. Jeszcze pół roku wcześniej znajdowałem jej długie, rude włosy wszędzie: w wannie, na swoim płaszczu, między siedzeniami samochodu.

— Co ty tu robisz? — zapytałem głupio.

Za jej plecami wisiała tabliczka poradni onkologicznej.

Przyjechałem do szpitala wojewódzkiego w Łodzi z ojcem. Po biopsji prostaty dostał skierowanie i od tygodnia udawał, że chodzi o zwykłą kontrolę. Teraz poszedł do toalety, zostawiając mi kurtkę i swoje nerwy.

A trzy krzesła dalej siedziała moja była żona.

Rozwiedliśmy się trzy miesiące wcześniej. Bez orzekania o winie, bo chciałem już tylko przestać słuchać, że nic do mnie nie czuje.

Siedemnaście lat małżeństwa skończyło się szybciej niż remont naszej kuchni.

— Jesteś chora?

Agnieszka poprawiła teczkę. Drżały jej palce.

— Jestem w trakcie leczenia.

Usiadłem, chociaż nie zaprosiła mnie gestem ani słowem.

— Od kiedy?

Spojrzała na drzwi gabinetu.

— Diagnozę dostałam miesiąc przed wyprowadzką.

Przez chwilę słyszałem tylko automat z numerkami. Ktoś obok rozpakowywał kanapkę. Takie zwyczajne szeleszczenie, a ja miałem ochotę wyrwać tę teczkę i sprawdzić, czy dobrze zrozumiałem.

— Wiedziałaś? Wtedy, kiedy mówiłaś, że dusisz się przy mnie?

Kiwnęła głową.

— I kiedy powiedziałaś, że jest ktoś inny?

Rozpłakała się bezgłośnie. Łzy spadały na plastikową okładkę.

— Nikogo nie było, Piotrek.

Wstałem. Zaraz znowu usiadłem, bo starsza pani naprzeciwko podniosła wzrok.

— Przez ciebie myślałem, że przez siedemnaście lat byłem ostatnim idiotą.

— Wiem.

— Nie, nie wiesz. Spałem u brata na rozkładanym fotelu. W pracy prawie mnie zwolnili. Mama szukała winy w sobie, bo tydzień wcześniej pokłóciła się z tobą o święta.

Agnieszka ścisnęła brzeg chustki.

— Moja mama gasła przez dwa lata. Pamiętasz, jak tata ją podnosił? Jak płakała, że już nie jest kobietą, tylko ciężarem? Kiedy usłyszałam diagnozę, widziałam tylko to. Nie chciałam, żebyś mnie tak oglądał.

— To uznałaś, że lepiej, żebym cię znienawidził?

— Uznałam… wtedy mi się wydawało, że tak będzie dla ciebie łatwiej.

Miałem ochotę wyjść. Naprawdę. Nie przytulić jej, nie powiedzieć nic pięknego. Po prostu zostawić ją z tym wszystkim, tak jak ona zostawiła mnie.

Ojciec wrócił i zatrzymał się obok nas.

— Agnieszka?

Dotknął jej ramienia, po czym spojrzał na mnie. Nie zadawał pytań. Za to ja nagle poczułem się strasznie zmęczony.

Wywołano jej nazwisko. Wstając, zachwiała się i złapała oparcia krzesła.

— Przyjechałaś sama? — spytałem.

— Autobusem. Siostra nie mogła zwolnić się z pracy.

Podałem jej teczkę.

— Poczekam. Odwiozę cię.

Nie zrobiłem tego z wielkiej miłości. Chyba nawet ze złości. Nie mogłem znieść myśli, że po tym wszystkim będzie wracała sama, z przesiadką, w listopadowym deszczu.

W samochodzie dowiedziałem się o operacji, kolejnych cyklach chemii i zasiłku, z którego po opłaceniu wynajętego pokoju zostawało niewiele. Pracowała wcześniej w piekarni. Teraz nie dawała rady ustać przy blacie.

— Czemu nie zadzwoniłaś, kiedy zrobiło się tak ciężko?

— Bo po tym, co ci zrobiłam, nie miałam prawa.

— Zadzwonić mogłaś. Ja miałem prawo odmówić.

Pierwszy raz spojrzała mi wtedy prosto w oczy.

Przez następne tygodnie woziłem ją na leczenie. Zamieniałem zmiany w magazynie, czasem brałem urlop. Ojciec miał już ustalony plan własnego leczenia i śmiał się gorzko, że nasz rodzinny kalendarz prowadzą teraz poradnie.

Nie było łatwo. Raz Agnieszka zatrzasnęła przede mną drzwi, bo przyniosłem zakupy.

— Nie chcę litości!

Postawiłem torby na wycieraczce.

— A ja nie chcę znowu zgadywać, czego chcesz. Potrzebujesz pomocy czy nie?

Następnego dnia przeprosiła. Ja też, za ton. No, różnie nam szło.

Nie wróciliśmy do siebie. Mam własne mieszkanie i nadal boli mnie, kiedy przypominam sobie salę rozpraw. Powiedziałem jej, że pomoc nie jest obietnicą nowego początku. Przyjęła to, choć widziałem, ile ją kosztowało.

Wczoraj po badaniach poprosiła, żebym wszedł z nią do gabinetu. Nie zdecydowała za mnie. Zapytała.

Zgodziłem się i usiadłem obok niej.

Wciąż nie wiem, czy jej wybaczę. Ale czy muszę już znać odpowiedź, żeby nie zostawiać jej samej pod tymi drzwiami?