Autobus 302 i tort „Delicja” — historia Wioli z Katowic, która musiała wybrać między rodziną a sobą

— Wiola, tylko nie rób scen. Dzisiaj są twoje urodziny — powiedziała mama przez telefon takim tonem, jakby to było ostrzeżenie, nie życzenia.

Siedziałam w autobusie 302 i patrzyłam w zamgloną szybę. Katowice były białe, ciche, jakby ktoś przykrył je watą, żeby nikt nie słyszał, jak mi serce wali. Dłonią ściskałam plastikową reklamówkę z logo taniego supermarketu. W środku był mały tort „Delicja”. Nazwa brzmiała szyderczo.

Trzydzieści. A ja dalej w cudzym planie.

Autobus szarpnął na zakręcie. Ktoś nadepnął mi na but.

— Przepraszam panią — mruknął chłopak w czapce.

„Panią”. Uśmiechnęłam się krzywo. Pani Wiola. Dorosła. A jednak jak dziecko, które ma być grzeczne.

Wysiadłam przy znajomym bloku. Śnieg skrzypiał pod podeszwami. W kieszeni miałam klucze i jedną wiadomość od Pawła: „Powiedz im dzisiaj. Nie dam rady dłużej żyć w półcieniu.”

Pawła mama nie znosiła. Bo „niepewny”, bo „bez porządnej pracy”, bo „co to za chłop, co się do Katowic sprowadził i myśli, że będzie rodzinę ustawiał”. A prawda była prostsza: Paweł chciał, żebym wyjechała z nim do Gdańska. Żebym wreszcie przestała być córką na etacie.

W klatce pachniało kapustą i mokrymi kurtkami. Na trzecim piętrze usłyszałam śmiech. I głos ciotki:

— No, Wiola! Wreszcie! My tu czekamy, a ona pewnie z tym swoim…

Otworzyłam drzwi. Stół był zastawiony jak na święta. Sałatka jarzynowa, śledzie, rosół w wazie. Na kanapie siedział tata, sztywny, w koszuli, jakby czekał na kontrolę. Obok mama, w fartuchu, z twarzą napiętą tak, że aż bolało patrzeć.

— Jest tort? — spytała od razu, jakby to było najważniejsze.

— Jest — podniosłam reklamówkę.

— No to stawiaj, bo zaraz sąsiedzi wpadną na kawałek. Wiesz, Halina z czwartego… — mama mówiła szybko, nerwowo. — I ksiądz był dziś w bloku, pytał o ciebie. Mówiłam, że pracujesz dużo.

Zrobiło mi się gorąco.

— Ksiądz? Po co?

— A po co? Żeby się dowiedzieć, czy wszystko u ciebie w porządku. Trzydzieści lat. A ty sama. Ludzie pytają.

Ciotka Basia parsknęła.

— Sama? No, wiesz… niby ta Warszawa, niby praca, a tu czas leci. Wiola, ja ci mówię jak matka.

— Ja mam matkę — powiedziałam cicho.

Mama spojrzała na mnie ostro.

— Wiola. Nie zaczynaj.

Tata odchrząknął.

— Usiądź. Zjesz. Potem pogadamy.

„Potem pogadamy” u taty zawsze znaczyło: „potem ci powiem, co masz zrobić”.

Usiadłam. Łyżka rosołu drżała mi w ręce.

— Wiola — mama zaczęła łagodniej, aż za łagodnie. — Wiesz, że ja ci dobrze życzę. Ale trzeba myśleć rozsądnie. Jest Marek. Porządny chłopak. Z rodziny. Z kopalni. Chce się starać.

— Marek? — powtórzyłam, jakbym nie zrozumiała słowa.

— Tak. Dzwonił. Mówił, że może przyjdzie z kwiatami. — Mama uśmiechnęła się sztucznie. — Wreszcie.

Basia klasnęła w dłonie.

— No! I tak ma być! Kwiaty, tort, chłop. Normalnie.

Normalnie. To słowo zawsze brzmiało jak kajdanki.

Wstałam. Nogi miałam jak z waty.

— Nie będzie Marka.

Cisza spadła na stół. Nawet łyżki przestały stukać.

— Co ty mówisz? — mama ściszyła głos.

— Nie będzie. Bo ja… — urwałam. — Bo ja wyjeżdżam.

Tata odłożył widelec.

— Dokąd?

— Do Gdańska.

— Z kim? — mama już wiedziała. Widziałam to w jej oczach.

— Z Pawłem.

Ciotka Basia aż się cofnęła.

— Z tym Pawłem? Tym, co… co on w ogóle robi?

— Pracuje. I mnie szanuje.

Mama wstała tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało.

— Wiola, nie rób mi tego dzisiaj. Przy stole. Przy ojcu. Przy urodzinach.

— Właśnie dzisiaj — powiedziałam. — Bo mam trzydzieści. I ja już nie chcę żyć tak, żeby wam było wygodnie.

Tata uderzył dłonią w blat.

— Wygodnie?! Matka cię utrzymywała, jak nie miałaś za co, matka ci gotowała, jak ty latasz po tych swoich miastach, matka…

— Ja nie proszę o rosół w zamian za moje życie — wyrwało mi się.

Mama zbladła.

— To jest twoje życie? Z Pawłem? Bez ślubu? W obcym mieście? A co ludzie powiedzą? Halina już patrzy. Ksiądz pytał. Tata ma serce…

— Serce ma tata, nie sąsiedzi — powiedziałam, ale głos mi się łamał.

Basia wtrąciła się ostro:

— Wiola, ty wstydu nie masz. Matka cię prosi, a ty swoje. Dziewczyna w twoim wieku powinna myśleć o dziecku, a nie o fanaberiach.

— To nie fanaberia — szepnęłam.

Mama podeszła bliżej. Już nie krzyczała. To było gorsze.

— Wiola, ja cię błagam. Zostań. Przynajmniej dzisiaj. Przynajmniej nie rób nam tego w domu. Wiesz, jak to wygląda.

Spojrzałam na tort w reklamówce. „Delicja”. Mały, tani, z bitą śmietaną, która pewnie już miękła od ciepła. Niby pusto, a pełne znaczeń. Jak moje życie: pełne obowiązków, ale bez miejsca dla mnie.

Wyjęłam tort i postawiłam na stole.

— Macie. Żeby było jak trzeba.

Tata patrzył na mnie twardo, ale w jego oczach coś drgnęło.

— Jak wyjdziesz, to nie wracaj z płaczem — powiedział.

Mama złapała mnie za rękaw.

— Wiola, proszę…

Odsunęłam jej dłoń delikatnie, jakby była gorąca.

— Mamo. Ja nie uciekam od was. Ja próbuję nie uciec od siebie.

W przedpokoju wzięłam kurtkę. Zimno uderzyło, gdy otworzyłam drzwi na klatkę. Za plecami usłyszałam tylko jeden dźwięk: mama płakała po cichu, żeby nikt nie słyszał.

Na schodach spotkałam sąsiadkę Halinę z czwartego. Niosła w ręku mały bukiet — goździki, czerwone, sztywne, jak z innej epoki.

— O, Wiola! Sto lat, kochana. Już myślałam, że… — zawiesiła głos i spojrzała na moją twarz. — Wszystko dobrze?

Chciałam powiedzieć: „Nie”. Chciałam powiedzieć: „Wreszcie”.

— Dziękuję — wyszeptałam.

Wyszłam na mróz. Śnieg sypał gęściej. Telefon zawibrował. Paweł: „Jestem na dworcu. Czekam.”

Szłam szybciej. Łzy zamarzały mi na policzkach. W głowie słyszałam mamę: „co ludzie powiedzą”. I siebie: „a co ja powiem sobie za kolejne dziesięć lat?”

Nie wiem, czy da się kochać rodzinę i jednocześnie nie dać się jej złamać. Wiem tylko, że dziś po raz pierwszy wybrałam siebie.

A wy… kiedy ostatni raz zrobiliście coś wbrew temu, co „wypada”? Czy odwaga zawsze musi kogoś zaboleć?