Między dwoma domami: Kiedy moje rzeczy przestają być moje – Wyznanie polskiej matki
Drzwi trzasnęły z hukiem, aż porcelanowa filiżanka na stole zadrżała. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni łyżeczkę, jakby to ona miała mnie obronić przed kolejną burzą. „Mamo, gdzie jest moja bluza?” – krzyknęła Zosia z przedpokoju, a ja poczułam znajome ukłucie niepokoju. Ostatnio wszystko ginie. Moje rzeczy, jej rzeczy, nawet stary mikser, który dostałam od babci. Znikają bez śladu, pojawiają się w innych rękach, w innych pokojach, jakby dom był wielkim magazynem, a ja tylko dozorcą.
Mój mąż, Tomek, wrócił późno z pracy. Zawsze zmęczony, z głową pełną spraw. „Agnieszka, widziałaś może mój śrubokręt?” – zapytał beznamiętnie, nie patrząc mi w oczy. Oczywiście, że widziałam. Był w szufladzie z przyprawami, bo Zosia naprawiała nim swoją deskorolkę. Ale nie powiedziałam tego głośno. Zamiast tego westchnęłam ciężko i zaczęłam szukać.
Od miesięcy czuję się jak cień we własnym domu. Każdy coś ode mnie chce: rzeczy, czas, uwagę. Nawet mama dzwoni codziennie z pytaniem, czy przyjadę pomóc jej w ogródku albo zawiozę zakupy. „Agnieszko, przecież ty masz samochód!” – powtarza z wyrzutem. Mam samochód, mam dom, mam rodzinę – ale coraz mniej mam siebie.
Pamiętam dzień, kiedy wszystko się zaczęło. To był zwykły poniedziałek. Zosia wróciła ze szkoły zapłakana – ktoś ukradł jej ulubiony sweter. Oddałam jej mój stary kardigan, żeby nie czuła się gorsza. Potem oddałam jej jeszcze kilka rzeczy: bluzę na WF, słuchawki do telefonu, nawet notes z cytatami Szymborskiej. „Mamo, ty jesteś najlepsza!” – mówiła wtedy z uśmiechem. Ale z czasem przestałam słyszeć podziękowania. Zaczęło się to robić oczywiste: wszystko jest do wzięcia.
Pewnego wieczoru usiadłam przy stole i spojrzałam na swoje dłonie – popękane od mycia naczyń, z odpryśniętym lakierem. Przypomniałam sobie siebie sprzed lat: Agnieszkę z marzeniami o własnej kawiarni, z zeszytem pełnym przepisów i pomysłów na życie. Gdzie ona się podziała?
„Mamo!” – Zosia wbiegła do kuchni z telefonem w ręku. „Mogę pożyczyć twoją prostownicę? Ola mnie zaprosiła na nocowanie!” Chciałam powiedzieć „nie”, ale zobaczyłam jej błagalne spojrzenie i uległam. Jak zawsze.
Tego wieczoru Tomek przyszedł do mnie z kubkiem herbaty. „Wszystko w porządku?” – zapytał cicho. Chciałam wykrzyczeć mu w twarz całą frustrację: że czuję się niewidzialna, że moje rzeczy nie są już moje, że nawet myśli muszę dzielić na kawałki dla innych. Ale tylko skinęłam głową.
Następnego dnia mama zadzwoniła wcześniej niż zwykle. „Agnieszko, przyjedź dziś koniecznie! Muszę zawieźć kota do weterynarza.” Znowu odłożyłam swoje plany na bok i pojechałam do niej przez pół miasta. W drodze powrotnej zatrzymałam się na chwilę pod blokiem i rozpłakałam się jak dziecko.
Wieczorem w domu czekała mnie kolejna niespodzianka. Zosia przyniosła do kuchni torbę pełną ubrań. „Mamo, Ola oddała mi te rzeczy! Możesz je wyprać? I… chyba twoja bluzka też tu jest.” Przejrzałam torbę i zobaczyłam swoją ulubioną koszulę dżinsową – tę samą, którą założyłam na pierwszą randkę z Tomkiem. „Zosiu, dlaczego ją oddałaś?” – zapytałam drżącym głosem.
Zosia wzruszyła ramionami: „Nie wiedziałam, że to dla ciebie ważne… Przecież masz tyle innych ubrań.”
Wtedy coś we mnie pękło. Usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać na głos. Zosia patrzyła na mnie z przerażeniem, a Tomek wbiegł do kuchni.
– Co się stało? – zapytał zdenerwowany.
– Nic nie jest już moje! – krzyknęłam przez łzy. – Nawet ta głupia koszula!
Zapanowała cisza. Tomek usiadł obok mnie i objął ramieniem.
– Przepraszam… Nie wiedziałem, że tak się czujesz – powiedział cicho.
Zosia uklękła przy mnie i ścisnęła moją dłoń.
– Mamo… ja nie chciałam cię zranić.
Przez chwilę siedzieliśmy tak razem na zimnych kafelkach kuchni. Poczułam ulgę i wstyd jednocześnie – ulgę, że w końcu wypowiedziałam to na głos; wstyd, że musiałam wybuchnąć płaczem przy własnym dziecku.
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z rodziną przy kolacji.
– Muszę wam coś powiedzieć – zaczęłam niepewnie. – Potrzebuję swoich granic. Potrzebuję mieć coś tylko dla siebie: ubrania, czas, przestrzeń… Chcę być waszą mamą i żoną, ale też sobą.
Tomek spojrzał na mnie poważnie.
– Masz rację. Czasem zapominamy o tym, że ty też jesteś osobą z własnymi potrzebami.
Zosia spuściła wzrok.
– Przepraszam… Postaram się pytać zanim coś wezmę.
To była najtrudniejsza rozmowa w moim życiu. Ale po niej poczułam się lżejsza.
Oczywiście nie wszystko zmieniło się od razu. Mama nadal dzwoni codziennie i prosi o pomoc; Zosia czasem zapomina zapytać o moje rzeczy; Tomek gubi narzędzia po całym domu. Ale nauczyłam się mówić „nie” – choćby szeptem.
Czasem siadam wieczorem przy oknie z kubkiem herbaty i patrzę na światła miasta. Myślę wtedy o tej Agnieszce sprzed lat i pytam siebie: czy jeszcze ją odnajdę? Czy można odzyskać siebie bez utraty tych, których się kocha?
A wy? Czy też czasem czujecie się niewidzialni we własnym domu?