Miłość bez prawa do bliskości: Historia Agnieszki Kowalskiej

– Pani doktor, czeka na panią gość – głos pielęgniarki przerwał moje zamyślenie. Spojrzałam na zegarek. Była siedemnasta trzydzieści. Do końca zmiany zostały jeszcze cztery godziny, a ja już czułam, jak zmęczenie rozlewa się po moim ciele niczym ciężka mgła. Poprawiłam biały fartuch i ruszyłam w stronę pokoju socjalnego, gdzie czekał na mnie Piotr.

Piotr Nowak. Imię, które przez ostatnie miesiące wywoływało we mnie jednocześnie radość i ból. Poznaliśmy się przypadkiem, gdy przywiózł swojego ojca na oddział po udarze. Był inny niż wszyscy – cichy, zamyślony, z oczami pełnymi troski i smutku. Od pierwszego dnia rozmowy z nim były dla mnie jak powiew świeżego powietrza w dusznym szpitalu. Z czasem zaczęliśmy spotykać się poza pracą – najpierw na kawie w szpitalnej stołówce, potem na spacerach po Łazienkach.

Ale nasza relacja była jak zakazany owoc. Piotr miał żonę i dwójkę dzieci. Ja byłam sama, choć od lat próbowałam zbudować coś trwałego – bezskutecznie. Wiedziałam, że to, co nas łączy, nie powinno się wydarzyć. Każde spotkanie kończyło się wyrzutami sumienia i łzami w poduszkę. A jednak nie potrafiłam przestać o nim myśleć.

– Agnieszka – powiedział cicho, gdy weszłam do pokoju. – Musimy porozmawiać.

Usiadłam naprzeciwko niego, czując jak serce bije mi szybciej. W jego oczach widziałam zmęczenie i coś jeszcze – może strach?

– Moja żona zaczęła coś podejrzewać – zaczął, spuszczając wzrok. – Wczoraj znalazła nasze wiadomości na moim telefonie.

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

– I co teraz? – zapytałam szeptem.

– Nie wiem – odpowiedział bezradnie. – Kocham cię, Agnieszka. Ale nie mogę zostawić dzieci…

W tej chwili poczułam, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło. Wiedziałam, że to się kiedyś stanie. Że nasza miłość nie ma prawa istnieć w tym świecie pełnym zasad i oczekiwań.

Wróciłam na oddział z ciężkim sercem. Przez kolejne godziny mechanicznie wykonywałam swoje obowiązki – sprawdzałam wyniki badań, rozmawiałam z rodzinami pacjentów, pisałam raporty. Ale myśli ciągle wracały do Piotra.

Wieczorem zadzwoniła moja matka.

– Agnieszko, kiedy wreszcie przyjedziesz do domu? Ojciec źle się czuje, a ty ciągle tylko praca i praca…

Westchnęłam ciężko.

– Mamo, mam dyżury… Wiesz, jak jest.

– Nie możesz tak żyć sama! Masz już trzydzieści pięć lat! Kiedy wreszcie znajdziesz sobie porządnego mężczyznę?

Zacisnęłam powieki, próbując powstrzymać łzy. Jak miałabym jej powiedzieć o Piotrze? O tym, że zakochałam się w kimś, kogo nie mogę mieć?

Po rozmowie długo siedziałam w kuchni z kubkiem zimnej herbaty w ręku. W głowie kłębiły mi się pytania bez odpowiedzi: Czy mam prawo walczyć o własne szczęście? Czy powinnam zrezygnować z miłości tylko dlatego, że świat tego ode mnie oczekuje?

Następnego dnia Piotr przyszedł do szpitala wcześniej niż zwykle.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczął od progu. – Zdecydowałem się wrócić do żony. Dla dzieci…

Patrzyłam na niego bez słowa. Wiedziałam, że to koniec. Że wszystko, co nas łączyło, właśnie się skończyło.

– Przepraszam – wyszeptał i wyszedł.

Zostałam sama w pustym pokoju socjalnym. Przez chwilę nie mogłam oddychać. Potem łzy popłynęły same.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak automat. Praca była jedynym miejscem, gdzie mogłam zapomnieć o bólu. Koledzy pytali, czy wszystko w porządku – odpowiadałam uśmiechem i żartem. Ale wieczorami wracałam do pustego mieszkania i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek.

Pewnego dnia odwiedziła mnie siostra.

– Agnieszka, musisz coś zmienić w swoim życiu – powiedziała stanowczo. – Nie możesz wiecznie uciekać przed sobą.

Spojrzałam na nią bezradnie.

– A jeśli nie potrafię? Jeśli już zawsze będę tylko tą drugą?

Siostra objęła mnie mocno.

– Zasługujesz na szczęście. Ale najpierw musisz uwierzyć w siebie.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zaczęłam powoli wracać do życia – spotykać się z przyjaciółmi, chodzić do kina, czytać książki dla przyjemności, a nie tylko medyczne artykuły.

Ale serce wciąż bolało.

Czasem zastanawiam się: czy można kochać kogoś tak bardzo i jednocześnie wiedzieć, że nigdy nie będziecie razem? Czy miłość bez prawa do bliskości ma sens? A może to właśnie ona uczy nas najwięcej o nas samych?