Sobota, która rozdarła moje serce – Historia Zofii w supermarkecie

– Proszę pani, czy może się pani odsunąć? – głos kasjerki był ostry jak brzytwa, a ja poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Stałam przy kasie w Biedronce, z koszykiem pełnym zakupów, które skrupulatnie wybierałam przez ostatnią godzinę. Sobota rano, tłum ludzi, a ja – Zofia Maj, siedemdziesiąt dwa lata, wdowa od pięciu lat – próbowałam nie przeszkadzać nikomu. Ale wtedy się zaczęło.

Przeszukałam kieszenie płaszcza, torebkę, nawet siatki z warzywami. Portfel zniknął. W głowie zaczęły mi się kłębić myśli: „Może zostawiłam go w domu? Może ktoś mi go ukradł?” Czułam, jak serce wali mi w piersi, a ręce zaczynają drżeć. Ludzie za mną zaczęli szeptać i przewracać oczami. – No ile można czekać! – rzucił młody chłopak z brodą. – Zawsze to samo z tymi starymi – dodała kobieta w czerwonej kurtce.

Kasjerka spojrzała na mnie z niecierpliwością. – Proszę pani, jeśli nie ma pani pieniędzy, musi pani odejść od kasy. – Ale ja… ja naprawdę miałam portfel… – próbowałam się tłumaczyć, ale głos mi się załamał. Wtedy podszedł ochroniarz. Wysoki, szeroki w barach, spojrzał na mnie z góry. – Proszę się uspokoić i przejść na bok. Musimy sprawdzić monitoring.

Czułam się jak przestępca. Ludzie gapili się na mnie, jakbym była złodziejką albo oszustką. Ktoś wyciągnął telefon i zaczął nagrywać. Chciałam zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. Próbowałam zadzwonić do córki, ale ręce tak mi się trzęsły, że nie mogłam trafić w odpowiedni numer.

Ochroniarz poprosił mnie do małego pokoiku obok kas. Tam czekała już policja – dwóch młodych funkcjonariuszy. Jeden z nich zapytał: – Czy była pani już wcześniej karana? – Nie! Nigdy! – odpowiedziałam z oburzeniem i łzami w oczach. Drugi policjant spojrzał na mnie z politowaniem. – Proszę się uspokoić, spróbujemy znaleźć pani portfel.

Wtedy poczułam ból w klatce piersiowej. Zrobiło mi się słabo. Policjant zauważył to i wezwał pogotowie. W ciągu kilku minut przyjechała karetka. Leżałam na noszach, patrząc na sufit supermarketu i myślałam: „Jak to możliwe, że zwykłe zakupy zamieniły się w taki koszmar?”

W szpitalu odwiedziła mnie córka, Marta. Była zdenerwowana i zmęczona. – Mamo, dlaczego zawsze musisz robić z siebie ofiarę? – zapytała bez cienia współczucia. – Przecież mogłaś bardziej uważać! – Miałam ochotę krzyczeć, ale tylko spuściłam wzrok.

Po powrocie do domu długo nie mogłam dojść do siebie. Przez kilka dni bałam się wychodzić na ulicę. Każdy dźwięk przypominał mi tamten dzień: szelest reklamówek, głosy ludzi, sygnał kasy fiskalnej. Czułam się upokorzona i samotna.

Zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Helena. – Zosiu, słyszałam co się stało… Nie przejmuj się tymi ludźmi. Oni nie rozumieją, co to znaczy być starszym człowiekiem w dzisiejszych czasach. – Jej słowa były jak balsam na moją duszę.

Kilka dni później odezwała się policja: portfel znalazł się w innym sklepie spożywczym na drugim końcu miasta. Ktoś go podrzucił do skrzynki na zguby. Pieniądze zniknęły, ale dokumenty zostały.

Mimo to coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że dla większości ludzi jestem tylko przeszkodą – starą kobietą, która spowalnia kolejkę i przeszkadza w codziennym pośpiechu. Nawet własna córka nie potrafiła okazać mi wsparcia.

Zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę jestem już tylko ciężarem? Czy starość musi oznaczać samotność i brak szacunku? Przecież kiedyś byłam kimś ważnym: nauczycielką matematyki, matką dwójki dzieci, żoną kochanego mężczyzny… Teraz czuję się przezroczysta.

Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Myślę o wszystkich starszych ludziach, którzy codziennie przeżywają podobne upokorzenia i nikt o tym nie mówi. Może powinnam napisać list do gazety? Albo porozmawiać z kimś o tym głośno?

Czasem pytam samą siebie: czy gdybym była młodsza lub bogatsza, ludzie traktowaliby mnie inaczej? Dlaczego tak łatwo zapominamy o godności drugiego człowieka?

Może ktoś z was też czuje się czasem niewidzialny? Może warto o tym porozmawiać…