Druga szansa: Historia o tym, jak łatwo stracić wszystko i jak trudno odzyskać siebie
— Wychodzisz? — głos mamy rozdarł ciszę kuchni, gdy już miałam rękę na klamce. — Znowu zostawiasz mnie samą z tym wszystkim?
Zatrzymałam się. W powietrzu wisiał zapach przypalonego mleka i gniewu. Miałam wtedy siedemnaście lat, a w domu czułam się jak intruz. Mama, pani Teresa, była kobietą twardą, która po śmierci taty nie potrafiła już nikomu zaufać — nawet mnie. Od lat powtarzała, że jestem do niego podobna: uparta, zamknięta w sobie, wiecznie z głową w chmurach.
— Idę tylko do Ani. Obiecałam jej pomóc z matmą — odpowiedziałam cicho.
— Jasne. A kto mi pomoże z twoim bratem? — syknęła. — Może Ania przyjdzie i go wykąpie?
Mój młodszy brat, Pawełek, miał porażenie mózgowe. Odkąd pamiętam, wszystko w naszym domu kręciło się wokół jego rehabilitacji, leków, pieluch i wiecznego strachu o jutro. Ja byłam tą „zdrową”, więc wymagano ode mnie więcej. Czasem miałam wrażenie, że jestem tylko dodatkiem do tej rodziny — kimś, kto ma nie przeszkadzać.
— Mamo, wrócę za dwie godziny. Przysięgam.
— Przysięgi nic nie znaczą! — krzyknęła i rzuciła ściereczką o blat. — Twój ojciec też przysięgał, że wróci.
Zamarłam. To był cios poniżej pasa. Tata zginął w wypadku samochodowym wracając z pracy. Od tamtej pory mama była cieniem samej siebie — a ja jej workiem treningowym.
Wyszłam trzaskając drzwiami. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę, panią Zofię.
— Znowu się kłócicie? — zapytała z troską.
— Niech pani nie pyta — burknęłam i zbiegłam po schodach.
U Ani mogłam oddychać. Jej dom był inny: ciepły, pełen śmiechu i zapachu drożdżowego ciasta. Jej mama zawsze pytała, czy nie jestem głodna, czy wszystko u mnie dobrze. Czułam się tam jak człowiek.
— Twoja mama znowu ci dokucza? — Ania spojrzała na mnie spod grzywki.
— Nie rozumie mnie. Myśli, że jestem egoistką…
— Może po prostu jest jej ciężko? — próbowała tłumaczyć.
Wiedziałam, że ma rację. Ale ile można być silnym dla innych?
Wróciłam do domu późno. Mama siedziała przy stole z pustym kubkiem po kawie. Pawełek spał w swoim łóżku.
— Gdzie byłaś? — zapytała bez emocji.
— U Ani.
— Kiedyś też będziesz matką. Zrozumiesz.
Nie odpowiedziałam. Poszłam do swojego pokoju i płakałam w poduszkę.
Tak wyglądało moje życie przez kolejne lata. Po maturze dostałam się na pedagogikę w Warszawie. Mama była wściekła.
— Zostawiasz mnie samą?!
— Mamo, muszę żyć swoim życiem! — wykrzyczałam pierwszy raz w życiu.
Wyjechałam na studia z poczuciem winy i ulgi jednocześnie. W akademiku poznałam Michała — chłopaka z Radomia, który miał w sobie coś z anioła i łobuza naraz. Był pierwszym człowiekiem od lat, który patrzył na mnie jak na kogoś ważnego.
Po roku zamieszkaliśmy razem w kawalerce na Pradze. Było biednie: chińskie zupki, praca w żabce na zmiany, wieczne liczenie groszy do pierwszego. Ale byłam szczęśliwa.
Mama dzwoniła rzadko. Zazwyczaj po to, by powiedzieć mi, że Pawełek miał atak albo że brakuje pieniędzy na leki.
— Nie mogę ci pomóc więcej niż przelewem… — tłumaczyłam bezradnie.
— Wiem. Jesteś zajęta swoim życiem — mówiła lodowato.
Czułam się winna za każdy uśmiech przy Michałku, za każdą chwilę spokoju bez brata i matki nad głową.
Po studiach dostałam pracę w przedszkolu na Targówku. Michał oświadczył mi się pod Pałacem Kultury — klęknął na środku placu Defilad, a ja śmiałam się przez łzy.
Ślub był skromny: tylko najbliżsi znajomi i ciocia Basia z Lublina. Mama nie przyjechała. Napisała SMS-a: „Nie zostawia się rodziny dla obcych”.
Przez kilka lat próbowałam ją przekonać do kontaktu. Wysyłałam zdjęcia wnuczki — naszej córeczki Julki — ale mama nigdy nie odpowiedziała.
W międzyczasie Pawełek dorósł i trafił do specjalnego ośrodka pod Warszawą. Mama została sama w naszym starym mieszkaniu na Grochowie. Słyszałam od sąsiadów, że coraz częściej płacze na klatce schodowej albo kłóci się z panią Zofią o śmieci.
Pewnego dnia zadzwonił telefon:
— Pani Katarzyno? Tu pielęgniarka środowiskowa z Grochowa… Pani mama miała udar. Jest w szpitalu na Szaserów.
Serce mi stanęło.
W szpitalu zobaczyłam ją bladą, drobną jak dziecko pod białą pościelą. Miała zamknięte oczy i rękę przywiązaną do barierki łóżka.
— Mamo… — wyszeptałam drżącym głosem.
Otworzyła oczy i spojrzała na mnie tak, jakby widziała mnie pierwszy raz od lat.
— Kasiu…
Przez kilka tygodni jeździłam codziennie do szpitala: karmiłam ją zupą kremem, czytałam fragmenty „Lalki”, masowałam sparaliżowaną dłoń. Michał zajmował się Julką i domem sam — nie narzekał ani razu.
Pewnego dnia mama spojrzała na mnie ze łzami w oczach:
— Przepraszam…
Nie wiedziałam za co dokładnie przeprasza: za lata milczenia? Za to, że nigdy nie powiedziała „kocham cię”? Za to, że byłam dla niej tylko pomocą domową?
Objęłam ją mocno i płakałyśmy razem jak dzieci.
Po wyjściu ze szpitala zamieszkała u nas na kilka miesięcy. Było trudno: mama krytykowała moje gotowanie („Za mało soli!”), wychowanie Julki („Za dużo bajek!”), nawet sposób prania („Kto pierze białe z kolorowym?”). Ale wieczorami siadałyśmy razem przy herbacie i rozmawiałyśmy o wszystkim: o tacie, o Pawleku, o tym jak bardzo bała się zostać sama.
Któregoś wieczoru powiedziała:
— Wiesz… ja też chciałam mieć drugą szansę. Ale bałam się poprosić cię o pomoc…
Zrozumiałam wtedy, że przez lata obie byłyśmy więźniami własnego żalu i dumy.
Mama odeszła spokojnie rok później. Trzymałam ją za rękę do końca.
Dziś patrzę na moją córkę Julkę i zastanawiam się: czy potrafię być dla niej lepszą matką? Czy umiem wybaczyć sobie błędy przeszłości?
A wy… czy wierzycie w drugą szansę? Czy każdy zasługuje na przebaczenie?