Gdy dzieci wyjechały, chciałem przygarnąć psa. Ale to, co odkryłem w piwnicy, zniszczyło naszą rodzinę
Wszystko zaczęło się od tej ciszy. Takiej, która boli w uszach, gdy dzieci wyjechały na studia – najpierw Basia do Warszawy, potem Tomek do Wrocławia. Zostałem z żoną, Martą, w naszym trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Każdego ranka budziłem się i przez chwilę łudziłem się, że usłyszę śmiech Tomka albo krzyk Basi: „Mamo, gdzie są moje klucze?”. Ale zamiast tego był tylko szum lodówki i stukot filiżanki Marty.
Pewnego wieczoru, kiedy Marta siedziała z książką na kanapie, nie wytrzymałem. „Marta, musimy coś zmienić. Nie mogę tak dłużej. Może… może weźmiemy psa?” – powiedziałem z nadzieją.
Spojrzała na mnie spod okularów. „Psa? Po co nam pies? Przecież nigdy nie mieliśmy zwierząt.”
„Właśnie dlatego. Może to by nam pomogło… Wiesz, żeby dom nie był taki pusty.”
Westchnęła ciężko. „Nie wiem, Andrzej. To odpowiedzialność. Ja mam pracę, ty masz swoje naprawy…”
„Ale przecież już nie muszę tyle pracować! Mogę się nim zajmować. Proszę cię, Marta.”
Wzruszyła ramionami i wróciła do książki. Wiedziałem jednak, że nie powiedziała nie.
Następnego dnia zacząłem przeglądać ogłoszenia schronisk. Znalazłem zdjęcie kundelka – brązowe oczy, łata na uchu. Nazywał się Felek. Zadzwoniłem do Marty do pracy.
„Marta, znalazłem psa! Felek, taki śmieszny kundel! Może pojedziemy go zobaczyć w sobotę?”
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.
„Andrzej… Nie wiem, czy to dobry pomysł. Może najpierw porozmawiajmy w domu?”
Wieczorem czekałem na nią z obiadem. Przyszła późno, zmęczona i rozdrażniona.
„Co się stało?” – zapytałem.
Usiadła ciężko przy stole. „Mama dzwoniła. Znowu miała pretensje o wszystko. Że nie odwiedzamy jej wystarczająco często, że dzieci ją ignorują… A ty jeszcze z tym psem…”
Poczułem złość. „To nie chodzi tylko o psa! Chodzi o nas! O to, że od miesięcy żyjemy obok siebie jak współlokatorzy!”
Marta spojrzała na mnie z wyrzutem. „Nie przesadzaj. Po prostu musimy się przyzwyczaić do nowej sytuacji.”
Ale ja już wiedziałem, że nie wytrzymam tej pustki.
W sobotę rano postanowiłem posprzątać piwnicę – może znajdę stare zabawki dzieci albo coś, co przypomni mi lepsze czasy. Schodząc po schodach, poczułem dziwny zapach – jakby wilgoć zmieszana z czymś ostrym.
Otworzyłem drzwi piwnicy i zobaczyłem kartony poustawiane w rogu. Zacząłem je przeglądać – stare zeszyty Basi, rysunki Tomka… A potem natknąłem się na zamkniętą walizkę.
Była ciężka i pokryta kurzem. Otworzyłem ją i zamarłem.
W środku leżały listy – dziesiątki kopert zaadresowanych do Marty, ale nadawca był mi zupełnie obcy: „Paweł Nowak” z Gdańska.
Zacząłem czytać pierwszy z brzegu:
„Kochana Marto,
Wiem, że nie możemy być razem tak często, jak byśmy chcieli…”
Serce zaczęło mi walić jak młotem. Kolejne listy były coraz bardziej intymne – wspomnienia wspólnych wyjazdów nad morze, plany na przyszłość, zdjęcia z jakiegoś pensjonatu.
Zamknąłem walizkę i usiadłem na zimnej podłodze piwnicy. Przez głowę przelatywały mi obrazy ostatnich lat – jej częste wyjazdy „służbowe”, tajemnicze rozmowy przez telefon w łazience…
Wróciłem do mieszkania blady jak ściana.
Marta siedziała przy stole z kawą.
„Co się stało? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczył.”
Rzuciłem walizkę na stół.
„Może mi powiesz, kim jest Paweł Nowak?”
Zbladła natychmiast. Przez chwilę milczała, potem zaczęła płakać.
„Andrzej… Ja chciałam ci powiedzieć… To było dawno… Zanim urodził się Tomek…”
„Ile to trwało? Ile razy mnie okłamałaś?”
Zaczęliśmy krzyczeć na siebie – pierwszy raz od lat. Wybuchły wszystkie żale: jej pretensje o moją pracę, moje o jej chłód i sekrety.
„To dlatego dzieci zawsze bardziej ciągnęły do ciebie! Ty zawsze miałaś dla nich czas! Ja harowałem jak wół! A ty… Ty miałaś romans?!”
Marta płakała coraz głośniej.
„To było tylko kilka miesięcy! Potem zerwałam kontakt! Ale czasem… czasem tęskniłam za tamtym życiem… Za wolnością…”
Nie mogłem tego słuchać. Wyszedłem z domu i przez kilka godzin błąkałem się po parku z myślą o wszystkim: o dzieciach, o naszym małżeństwie, o tym psie Felku, którego już nigdy nie przygarnę.
Wieczorem wróciłem do mieszkania – Marta siedziała skulona na kanapie.
„Co teraz będzie?” – zapytała cicho.
Nie miałem odpowiedzi.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Dzieci dzwoniły i pytały: „Tato, co się dzieje? Mama jest jakaś dziwna…” Nie miałem siły im tłumaczyć.
Po tygodniu Marta poprosiła o rozmowę.
„Andrzej… Ja cię kocham. Ale chyba oboje potrzebujemy czasu dla siebie. Może powinniśmy zamieszkać osobno?”
Zgodziłem się bez słowa.
Wyprowadziłem się do kawalerki na Mokotowie. Samotność była jeszcze gorsza niż wcześniej – teraz była podszyta goryczą i żalem.
Czasami myślę o tym psie Felku – czy znalazł dom? Czy ktoś go pokochał?
Dzieci dowiedziały się prawdy dopiero po kilku miesiącach – Basia przestała rozmawiać z matką na długie tygodnie, Tomek przyjechał do mnie i płakał jak dziecko.
Minął rok. Nadal jestem sam. Marta mieszka sama na Ursynowie – czasem dzwonimy do siebie w święta albo na urodziny dzieci.
Czy można odbudować coś po takim kłamstwie? Czy samotność jest karą za to, że chciałem tylko trochę ciepła w pustym domu?
Może czasem lepiej nie szukać nowego początku – bo można odkryć prawdę, która boli bardziej niż samotność…
A wy? Czy wybaczylibyście taką tajemnicę po latach? Czy można jeszcze zaufać komuś, kto przez tyle lat żył obok was z drugim życiem?